Autor: Kacper Karwacki
Poranek 18 grudnia był dla mnie miłym zaskoczeniem, gdy, otwierając Spotify w drodze na uniwersytet, ujrzałem nowy album Taco Hemingwaya. Było to lekkie zaskoczenie, gdyż wszystkie premiery jego albumów – z wyjątkiem pierwszej płyty Marmur – miały miejsce latem. Grudzień więc wydawał się nietypowym okresem na publikację. O wiele bardziej zaskoczony byłem jednak jakością albumu. Od lat twórczość rapera wydawała się stać w miejscu jak zacięta płyta, czemu poświęcona była całość jego poprzedniej płyty 1-800-OŚWIECENIE. Okazało się jednak, że po jedenastu latach od premiery swojego, już kultowego, Trójkąta warszawskiego powrócił do stylu, za który wielu fanów –w tym ja – pokochało jego wczesną twórczość. Idąc dalej, odważam się na stwierdzenie, że najnowsza płyta warszawskiego rapera jest najlepszą w jego dorobku.
Mój sąd nie wynika jednak po prostu z jakości wykonania technicznego czy tekstów. Pierwsze z nich uznać można za największą wadę wczesnej twórczości Taco. Trójkąt warszawski to płyta wykonana świetnie, patrząc na warstwę podkładu muzycznego, lecz najwyżej przeciętnie jeśli chodzi o samo wykonanie rapera. Wraz z postępem jego kariery nabiera on sznytu, lecz nie czyni to kolejnych płyt bardziej wyjątkowymi. Wręcz przeciwnie, im większa odległość dzieliła Hemingwaya od jego debiutu, tym bardziej wydaje się on podążać za aktualnymi trendami. To nie jakość techniczna uczyniła Taco Hemingwaya tak wpływowym twórcą krajobrazu polskiego rapu. Podobnie postrzegam warstwę czysto tekstualną. Oczywiście będę bronił tezy, że pierwsze wydania rapera posiadają w sobie większe natężenie ciekawych tekstów, lecz na każdej z jego płyt znaleźć można wiele błyskotliwie stworzonych liryk.
Za największą siłę debiutu rapera uważam spójność struktury narracyjnej oraz opisu świata. Kompozycja albumu opiera się na tytułowym trójkącie miłosnym między podmiotem lirycznym, Rudą – utraconą przez niego muzą – oraz Piotrem, osobą odpowiedzialną za rozpad relacji między podmiotem a jego ukochaną. Każdy utwór funkcjonuje w ramach owej narracji, ujawnia kolejne perspektywy relacji między bohaterami dramatu oraz opowieści plecionej przez rapera. Wszystkie postacie poruszają się w świecie przedstawionym, który jest obrazem przeromantyzowanej Warszawy. Spójność na poziomie struktury umożliwia zachowanie zasady decorum, co umożliwia dziełu mówić na poziomie ogólności. Każdy w życiu znał jakiegoś Piotra; każdy kiedyś utracił swoją muzę i szlajał się po swoim mieście. Ogólność struktury stworzonej przez rapera nadaje jego dziełu aspekt pewnej uniwersalności, przez co jest w stanie wynieść się ponadprzeciętny, komercyjny rap. Nie spodziewałem się, że Taco Hemingway kiedyś powróci do tego zabiegu. I nie powrócił. Postrzeganą przeze mnie wielkość Latarnie wszędzie dawno zgasły dostrzegam nie w powrocie do „starej” szkoły, lecz w rozłożeniu jej na części pierwsze, ukazaniu jej w nowym świetle.
Album jako spójna całość skupia się na ponownym stworzeniu takiej samej struktury jak w opisanym powyżej Trójkącie, aby następnie zdekonstruować zawartą w nim fikcję. Standardowa dla rapera charakterystyka podmiotu – zmęczonego życiem inteligenta, który próbuje odnaleźć się w rzeczywistości – zostaje poddana krytyce. Wcześniejsza figura podmiotu w twórczości Hemingwaya funkcjonowała podobnie do bohatera romantycznego. Był on targanym namiętnościami poetą, który ponosi porażkę w starciu z rzeczywistością. Założenie to zostaje wręcz wyśmiane przez autora, który ujawnia faktyczną naturę podmiotu. Zarzuca mu zazdrość, próżność, egocentryzm. Przez fakturę albumu przenika poczucie zimnego rozczarowania rzeczywistością.
Najmocniejszym przykładem tego zabiegu jest dla mnie utwór Bez stresu, który jest całkowitym odwróceniem utworu Wszystko Jedno z Trójkąta. Oba utwory dzielą identyczną melodię, lecz różnią się całkowicie swoim przekazem. Wszystko Jedno jest perspektywą Rudej na trójkąt miłosny, w którym się znajduje. Autor ukazuje tam obraz kobiety spójny z całością narracji swojej płyty. Bez stresu ma tę samą funkcję, lecz wykonany jest głosem bohaterki, a nie bohatera. Stworzona w przeszłości wizja kobiety zostaje całkowicie rozbita. Niegdyś nadmiernie romantyzowana przez autora wizja kobiecego cierpienia zostaje wyśmiana, ukazując jej szowinistyczne założenia.
Poprzez serię krytyk, dekonstrukcji oraz zmian perspektywy dochodzi także do ewaluacji samej pozycji twórcy. W duchu postmodernistycznego podważenia autorytetu figury autora i jego perspektywy, Taco nie ukazuje się jako unoszącego się wysoko ponad chmurami artystę oświeconego, lecz jako nieradzącego sobie z własnymi uczuciami i kompleksami człowieka. Jest to kontynuacja trendu z poprzedniej płyty, gdzie autor ujawniał swój kryzys twórczy, lecz w znacznie radykalniejszy sposób. Latarnie wszędzie dawno zgasły to przedstawienie fundamentalnych założeń leżących u podstaw procesu tworzenia. Typowa tendencja rapowa, w której podmiotem jest człowiek sukcesu, pożądany przez kobiety, walczący o swoje, jest zdekonstruowana. Krytyce poddane zostają zarówno szowinizm tej tendencji, jak i zawarta w nim żądza władzy. Przede wszystkim jednak, poprzez proces rewizji własnej twórczości, dochodzi do rozliczenia się z toksyczną wizją świata w oczach autora.
Ostatnia zwrotka albumu to bezpośrednie podsumowanie całego zabiegu. Podmiot pragnie sławy, bogactwa i wieczności, które miała zagwarantować mu twórczość. Sam proces twórczy ukazany zostaje jako żałosna próba zakrycia własnych słabości. Taco Hemingway nie zostawia nawet krzty nadziei wobec wygaszonych świateł latarni. Album pozostawia słuchacza pod znakiem zapytania, jak gdyby autor nie odrzucał możliwości zakończenia swojej twórczości na gorzkiej, rozczarowanej światem nucie. Mimo oczywistej chęci, aby nie był to ostatni album rapera, jestem w stanie zrozumieć jego wahanie. Przeprowadzona przez autora dekonstrukcja własnej twórczości podważa to, czy powinien on tworzyć jakkolwiek. Niegdyś wielki twórca zostaje zmieniony w słabego, zmęczonego człowieka. Niezależnie od jego decyzji pozostaję przekonany, że szczerość wylewająca się z każdego utworu dzieła jest najlepszym dowodem na to, że sława Taco Hemingwaya nie jest przypadkowa.

