U zarania emancypacji 

Portret dekadenckiego małżeństwa z Nowego Jorku pierwszych dwóch dekad XX wieku to niezwykła apoteoza rodzącego się modernizmu – przede wszystkim społecznego.

Autor: Przemysław Tworek

Druga powieść autora Wielkiego Gatsby’ego to nie tylko kpiarsko-moralizatorski obraz degeneracji jednostek, lecz także wyrazista powieść o narodzinach nowoczesnego świata, a zwłaszcza nowoczesnego człowieka – z całą chwałą i bolączką jego wyzwolenia. 

Jazz dudniący z gramofonowych tub, przepełnione wonią bimbru i papierosów nocne lokale oraz niepokorne „podlotki” w krótkich włosach i sukienkach do kolan – oto stereotypowy, choć w dużej mierze prawdziwy obraz „szalonych lat dwudziestych”, które po koszmarach Wielkiej Wojny miały przynieść kres gorsetom, swatom, a przede wszystkim skostniałym konwenansom. A jednak, największy kronikarz ery jazzu, Francis Scott Fitzgerald, na trzy lata przed wydaniem Wielkiego Gatsby’ego, udowadnia, że proces narodzin człowieka modernizmu zaczął się już wcześniej, a wyzwolenie z norm wcale nie musiało przynosić wyłącznej chwały. 

Wydanych w 1922 roku Pięknych i przeklętych nazwać można kroniką szaleńczej miłości dwojga ekscentryków. On – Anthony Patch – wykształcony, choć bezrobotny, obraca się wokół jaskiń nowojorskiej bohemy i drogich klubów; żyje z dnia na dzień z nadzieją na spadek po bajecznie bogatym dziadku milionerze. Ona – Gloria Gilbert – skandalizująca flapper girl, kobieta, która jeszcze przed I wojną światową ścina włosy, łamie dziesiątki męskich serc, pali, pije i wije się na parkietach dancingów. Razem tworzą niepokorny duet aferzystów, o których głośno od Wschodniego do Zachodniego Wybrzeża. Dwoje żarliwych serc upada, następnie powstaje na nowo, pije i trzeźwieje, kłóci się i godzi; a jednak kocha się szczerze pomimo osobistych tragedii oraz topniejącego majątku. W ich osobach odnaleźć można żywo wymalowane małżeństwo Fitzgeraldów, dwojga propagatorów – a może również współtwórców – kulturalnego świata nowoczesnej Ameryki. 

W pewnym sensie Piękni i przeklęci uchodzić mogą za powieść znacznie ciekawszą od bardziej znanego, popkulturowego Gatsby’ego – malarsko piękna proza, tu i ówdzie nasycona dekadencko-modernistyczną ironią to znacznie bardziej intymny, choć niepozbawiony swoistej monumentalności dramat społeczny. To na poły realistyczny portret narodzin emancypacji, na poły podsycony sarkazmem barwny moralitet. 

U Fitzgeralda brak jednak stereotypowego rozgraniczenia na czasy przedwojenne i powojenne: „dawne” znaczy zacofane, skostniałe, a także wiktoriańskie, „nowe” – wyswobodzone, hulaszcze, a co więcej radosne. Nowoczesny mężczyzna i emancypowana kobieta powstają jako naturalna konsekwencja nastrojów społecznych bogacącej się Ameryki: nie jako powojenni buntownicy, lecz jako cwani filozofowie dnia codziennego, którzy któregoś dnia postanowili żyć inaczej, myśleć inaczej, kochać inaczej… 

Zarazem jednak Piękni i przeklęci to kwiecisty hymn na cześć miłości: szczerej, zwykłej, codziennej; nie – cukierkowej i romantycznej, lecz burzliwej, kłótliwej, w której miarą oddania nie są wiersze ani róże, lecz kolejne hektolitry alkoholu, awantury o rozrzuconą bieliznę, a co więcej, życie tak, jakby jutra miało nie być. Czas płynie, na każdym kroku zawierając nowe kompromisy z tym, co było kiedyś