Autor: Justyna Szarek
Długo zastanawiałam się, do jakiej kategorii należy zaliczyć Londyn 1967, książkę napisaną w 2016 r. przez Piotra Szarotę. Jej tytuł brzmi bowiem trochę jak pozycja z serii Historyczne bitwy. Niczym Konstantynopol 1453 albo Termopile 480 p.n.e. Czy trop ten jest słuszny? Niekoniecznie. To może jest to przewodnik? Ta interpretacja wydaje mi się trafiona, jednak zdecydowanie bardziej niż portret miasta, jest to portret pewnego środowiska.
Geneza tytułu
Wybór miejsca i przestrzeni bez wątpienia nie jest przypadkowy. Zacznijmy od daty – rok 1967. W dorosłość wchodzi właśnie pokolenie ludzi urodzonych po wojnie –młodzież, wychowana przez zmęczonych trudami wojny, anachronicznych i zacofanych rodziców. Pragną oni swobody, wyrwania się z opresji konserwatyzmu starego świata. Świata ich rodziców. Marzą o stworzeniu własnej historii – o pokoju, przyjemności i bezgranicznej miłości. Londyn –stolica byłego imperium, miejsce, które przechodzi metamorfozę, z brudnego i ponurego reliktu dawnej chwały, w modny i pożądany przez artystów azyl.
Zaraźliwy czar hedonistów
Piotr Szarota nie tylko opisuje artystyczne środowisko Swinging London, ale przede wszystkim stara się je zrozumieć i wytłumaczyć sobie oraz czytelnikowi, w jaki sposób myślały i postrzegały świat ówczesne elity psychodelicznej londyńskiej bohemy. Dzięki temu, czytając tę pozycję, stajemy się nie tylko obserwatorami, podglądaczami ich codzienności, ale także zaczynamy w niej uczestniczyć. Z początku negujemy ich styl życia. Uważamy ich za ekstrawertycznych narkomanów, których duch już dawno zaginął w odmętach przeszłości. Kolejne strony przekonują nas jednak, że ich filozofia może mieć jednak jakiś sens. Brak granic moralnych zaczyna wydawać się nam wolnością, czyli wartością, na której najbardziej zależało bohaterom książki Szaroty.
Londyn – miasto dotknięte psychodelicznym szaleństwem
Psychodeliczny. To wyraz pochodzenia greckiego, w którym psyche znaczy umysł, a delein – ukazywać, objawiać. Takim mianem zdecydowanie można określić atmosferę Londynu w roku 1967. Jak wspomina Roman Polański: Cały Londyn miał bzika na punkcie LSD. I choć zdecydowanie nie należy pochwalać zażywania substancji psychoaktywnych tego typu, to faktem jest, że gdyby nie one, nie powstałaby ta książka. Wiele sztuk teatralnych, piosenek takich zespołów jak The Beatles i The Rolling Stones czy dzieł artystycznych, wystawianych w kultowej galerii Indica, powstały po zażyciu „kwasu”. Rok 1967 to zdecydowanie epoka ekscentryków. Dowodem tego są słowa dramatopisarza Joe Ortona, zapisane w jego dzienniku po przeczytaniu recenzji Pamiętnika szaleńca: Wtedy dotarło do mnie, jak modne jest dziś szaleństwo. Popularność tego motywu zauważyć można jednak nie tylko w ogólnej atmosferze Swinging London. Najlepszą sztuką telewizyjną roku 1967 zostało In Two Minds, opowiadające o chorej na schizofrenię młodej dziewczynie o imieniu Kate. Temat aberracji psychicznych pojawiał się również w sztukach brytyjskiego dramaturga Toma Stopparda m.in. w Every Good Boy Deserves Favour, której akcja dzieje się w radzieckim szpitalu psychiatrycznym epoki Breżniewa.
Jak stać się celebrytą w Londynie w roku 1967?
Przede wszystkim należało się wyróżniać. Wiedział o tym Stanislas Klossowski, który miał jeden cel – chciał zostać gwiazdą. Trzeba uczciwie przyznać, że start miał nieco łatwiejszy niż zdolne dzieciaki z londyńskich robotniczych przedmieść, bowiem był synem francuskiego artysty Balthusa. Stash (taki bowiem obrał sobie pseudonim) zdawał sobie sprawę, że aby wejść do dość hermetycznego środowiska, trzeba było zawrzeć znajomości z gwiazdami. Klossowski niejednokrotnie chwalił się bliską zażyłością z członkami zespołu The Beatles, choć żaden z nich nigdy tego nie potwierdził. Sławny ojciec Stasha twierdził natomiast, że jest potomkiem polskiej dynastii Piastów. Pewnie z powodu poczucia szlachetnego pochodzenia aspirujący celebryta był zawsze ubrany w najdroższe tkaniny i często sięgał po autentyczne stroje dawnych epok. Jenny Lesmoir-Gordon w swoich wspomnieniach przytacza sytuację, kiedy to mężczyzna wszedł do ogniska i sądził, że nie spłonie, bo wypełniony jest czystą miłością.
To tylko jedna z ekscentrycznych postaci, jaką poznałam za sprawą książki Piotra Szaroty. Stanowi ona idealne wprowadzenie do odkrywania świata artystów z lat 60. I choć pozycja ta w głównej mierze nawiązuje do Londynu, to z miastem tym drogi niektórych bohaterów Londynu 1967 jedynie się krzyżowały, co nie przeszkadzało im w staniu się istotnym elementem omawianego przez Szarotę środowiska. Potwierdza to tylko tezę, jak bardzo międzynarodowy jest język artystów. Po przeczytaniu tej lektury odniosłam wrażenie, że film, teatr, muzyka i sztuka stanowią jedność, jakąś swoistą fuzję, której każdy element jest jednakowo ważny. W głowie pozostało mi jedno pytanie. Czy to artyści stworzyli taki Londyn czy to Londyn stworzył takich artystów?

