Na tropie zejścia awaryjnego

Magiczna rana, nowa powieść Doroty Masłowskiej, to sygnał, że wpadliśmy w otchłań codzienności – groźnej, a nawet apokaliptycznej.

Przemek Dębowski

Autor: Paweł Ogórkiewicz

W nowej powieści Doroty Masłowskiej bohaterowie są inni. Nie stymulują się już miętoleniem żyletek na języku. Czują, że je połknęli i myślą, co z tym zrobić.

Magiczna rana to prozatorski powrót autorki na rynek wydawniczy. Już nie pod sztandarem Wydawnictwa Literackiego, a Karakteru, które zadbało o odpowiednią promocję książki – sprzedaż w niszowych księgarniach uruchomiono jeszcze na dwa tygodnie przed oficjalną premierą. Ruch słuszny, nazwisko twórczyni na scenie literackiej dawno uznane – nie mogło się więc obejść bez tłumów na pierwszych spotkaniach w sprawie powieści, nieco różniącej się jednak od dotychczasowych pozycji  z dorobku pisarki.

Czytelnicy, którzy Masłowską znają, spodziewali się prawdopodobnie barokowo-trzepakowej dykcji, tonacji przyczajonego dresa, blond maniury z Rossmana sprzedającej kondomy. I choć udaje się znaleźć punkty wspólne między poprzednimi tekstami a tym (martyrologiczne sranie do pipety na przykład), to w Magicznej Ranie jakby zgasło światło. Ściemniła się ta rzeczywistość i nie pomogą już nawet żarówki firmy OSRAM.

Autorka jednak widzi nawet w ciemności. Nie pozostaje ślepa (co nie czyni z niej prorokini, bez przesady), tworzy zaś prozę symptomatyczną. Udaje jej się także wziąć na tapet katalog obecnych trendów i maszkar. W świecie Magicznej rany hotel powstaje na terenie dawnego obozu koncentracyjnego, dziecko absolutnie nie tyka glutenu, podstawą dnia jest chleb z miso z Chlebovni, warunkiem koniecznym do oddychania powiększone usta, a obligacją państwową, zapewniającą wyższy szczebel w hierarchii społecznej, karta Zdrofit.

Utopić się w kiblu – brzmi jak plan

Bohaterami tego świata, czy raczej reprezentantami „świata z dykty”, są mizerne, zrezygnowane i duszące się w kotle własnych pragnień, fantazji i mąk papierowe ludziki. Nie znaczy to jednak, że ich światy zostały pozbawione bogactwa, wręcz przeciwnie, Masłowska dba o to, aby nie tworzyć postaci głupich – jeśli już, to ogłupionych. Towarzyszy im uczucie życiowego „zonku”. Poznajemy na przykład Zoldanę Manovic (l. 32) odznaczoną swoją niezwykle cenną nagrodą specjalną „Brązowy liść” im. Dragana Popećju. A także bezradną dziewczynę i jej przyjaciółkę instapsycholożkę Justynę, która głosi natchnione frazy z chodnikowego Loesje oraz Pinteresta, by zmienić to, co możecie zmienić, a to, co nie możecie zmienić, to po prostu nie da się zmienić.

Inne postacie przybierają transhumanistyczne formy – marzenia snuje mężczyzna z atrapą rączki oraz godzilla jako ostateczna faza kultu ciała i piękna (akurat na fali Substancji w reż. Coralie Fargeat). Wszyscy starają się głęboko przeżywać codzienność. W udany sposób wypada mariaż dnia powszedniego z wyobrażeniem świata idealnego.  Nieliczni wiedzą, jak się do niego dostać.

Portalem do utopii staje się chociażby kibel, trzeba się tylko w nim… utopić. Na magiczną wyspę trafia grupa ocalonych. Odkrywają odrealnioną krainę, której nikt nie obiecał, a i biletu na nią nie znaleźli w chipsach Lays. W ten sposób Masłowska wychodzi poza ramy rzeczywistości, włączając element baśni na nasze czasy.

Dorota Masłowska. Fot: Marcin Szczygielski

Skarbiec Biblioteki Narodowej to nie wszystko…

Ta opowieść ma jednak swoje uchybienia. Sięgnięcie po pomysły Witkacego, Gombrowicza, Różewicza czy Lipskiego to oznaka wtórności. Całe szczęście rozszyfrowanie tych tropów nie jest koniecznością. Ba! Niektórym ta intertekstualność sprawi frajdę. Nie trzeba więc od razu doszukiwać się u Masłowskiej klasizmu, co zarzucał m.in. Mateusz Górniak (autor powieści Trash Story).

Inny problem dostrzec można w kompozycji. Tekst, co prawda, wygląda jak zbiór opowiadań, ale ich splot (wspólne motywy) sugeruje, że mamy do czynienia z czymś na wzór powieści, prozatorskiego patchworku. Zabieg nie razi, ale w efekcie niektóre historie wypadają słabiej od pozostałych. Niekiedy rozdziały są niedostatecznie domykane przez autorkę – brak im przysłowiowej kropki nad i.

I o ile można mieć zarzuty wobec kompozycji, o tyle Masłowska znów udowadnia, że słuch posiada doskonały. Język postaci wierny tasiemczym paradokumentom – dialogi wzięte żywcem ze scenariusza pisanego na kolanie. Intryguje także celowa niekonsekwencja leksykalna bohaterów. Dawka zarówno humoru, jak i przykrej diagnozy chleba powszedniego…

Chleba, który Masłowska proponuje, mówiąc – jedzcie z tego. Ale czy wszyscy? Na pewno nie taki był cel autorki. Dla niektórych nabijanie się z wizyt terapeutycznych u doktor Pokerface czy żarty z wegan będą co najmniej red flagiem. Dla innych odbiciem rzeczywistości z twistem wyobraźni. No bo chyba nikt z nas nie teleportuje się przez kibel…

Ucieczka to sposób?

Problem ukazany przez Masłowską babrze więc w skazie dziejowej, w której jednostka stanowi zaledwie wciąż rozpoznawany element. Co więc sprawia, że tytułowa rana jest magiczna? Fantazja, dogłębne pragnienie autentyczności oraz bezwarunkowa miłość, bez których nie wiemy, co zrobić i osiągamy „energetyczny dół”?

W Magicznej ranie nadzieją/ucieczką w końcu staje się mityczna wyspa, z której nie słychać mayday. Równoległy świat z postaciami – emigrantami. Przyświeca im wspólnotowość i próba zredefiniowania porządku świata. Takiego, w którym znów czuła jest relacja matki z synem oraz przychylnie patrzy się na Inną (Zoldana, lat 32 w oczach wyspiarzy). Nie wszystkie lekcje ze starego świata zostały odrobione. Niestety i tam natura zespoliła się z kulturą (bohaterka spaceruje w welonie z wodorostów i folii rolniczej).

Sens więc nie tkwi w szukaniu miejsca idealnego. Takiego nie ma. Nie są nim wyspy, nie jest nim mityczny „Zachód”. Jedno jest jednak pewne – po lekturze nowej powieści Masłowskiej przyszedł czas na szukanie zejścia awaryjnego, by zniknąć z radaru rzeczywistości – dokąd i jak? Na te pytania odpowiedzieć musimy sobie sami.