autor: Wiktor Koszal
Obrazek: Wrocław, rok 1999, szał transformacji, jęczą głuche kamienie, maszyny budowlane rozrywają ostatnie ściany hotelu “Panorama”, który w czasach demokracji ludowej był symbolem luksusu. Na jego miejscu powstanie centrum handlowe Galeria Dominkańska; te w nowej, kapitalistycznej Polsce rosną jak grzyby po deszczu.
Wyburzenie “Panoramy” nie odbiło się zbyt szerokim echem: zamiast starego hotelu powstał nowy, nawet z tą samą kadrą – strata więc niewielka, szczególnie za cenę około setki sklepów. Jednak dla pewnej grupy budowa Galerii Dominikańskiej bliska była świętokradztwu – były nią wrocławskie cioty. Dla nich hotel był ostoją, miejscem, w którym można zregenerować się podczas nocnych poszukiwań obciągu.
Wrocławskie noce
Michał Witkowski w Lubiewie opisuje właśnie świat ciot. Słowo to może kłuć dziś w oczy, jednak jego zastosowanie jest dla autora kluczowe. Cioty nie należy mylić z gejem, który jest wynalazkiem zachodnim, wyzbytym z unikalnej kultury związanej z orientacją, marzącym o wygodnym mieszkaniu, stałym związku i miniaturowym psie. Dla cioty kwestie materialne mają znaczenie tylko na tyle, na ile pozwalają oddać się prawdziwej pasji – szukaniem po nocach partnerów w parkach, “na pikiecie”.
Na celowniku mają zaś lujów, czyli facetów do bólu przeciętnych, nieskalanych ćwiczeniem czy kosmetykiem, z ciałami nieurynkowionymi. Mężczyzna zachodni sam siebie uważa za obiekt cudzego pożądania, rodzaj towaru, który musi uatrakcyjnić, by zmaksymalizować swoje szanse na stosunek. Luj natomiast ciało po prostu ma, wygląda ono tylko tak, jak uformowało je życie. Mięśnie ma od pracy, opaleniznę od chodzenia bez koszulki, miny natomiast nie ma wcale, bo to domena ciot. Bezrefleksyjny i do bólu prosty – taki mężczyzna charakterystyczny był dla krajów bloku wschodniego, niedotkniętych jeszcze przez siły rynkowe.
Ludzie ludziom
Transformacja ekonomiczna i jej konsekwencje dla świata ciot stanowią lejtmotyw Lubiewa. Z jednej strony z nostalgią wspominane są czasy komuny, w których ciotowska kultura kwitła, była “swoja”. Akcja “Hiacynt”, morderstwa, kradzieże – wszystko to przewija się na kartach Lubiewa, lecz w słodko-gorzkim przedstawieniu czasów PRL dominuje raczej słodycz. Bieda była, ale stabilna, każdy miał pracę, był święty spokój, który pozwalał noce spędzać na pikiecie; w radio leciały polskie piosenki, w kraju stacjonowali radzieccy żołnierze… A później krach – skupiony na seksualnych eskapadach styl życia ciot wraz z transformacją ustrojową stał się nie do podtrzymania. Skończyły się czasy zerowego bezrobocia, na rynku zapanowała brutalna rywalizacja, a przed ciotami stanęły dwie opcje: dostosować się lub stoczyć na margines.
Wielki Atlas Ciot Polskich
Język dzieła jest w dużej mierze kolokwialny i wulgarny, wyjątkowo ekspresywny, podszyty charakterystyczną “przegiętą” manierą, polegającą na udawaniu wyolbrzymionej kobiecości. Cioty mówią o sobie w rodzaju żeńskim, przyjmują damskie imiona i swoiście parodiują płeć przeciwną poprzez wpisanie się w jej stereotypy: plotkują, piszczą, zgrywają barokowe damy. Swoim zmysłem językowym Witkowski tworzy nie tylko barwny obraz subkultury, lecz także zwyczajnie przyjemną w odbiorze książkę.
Lubiewo trudno wsadzić do gatunkowej szufladki; Witkowski zgodnie z duchem postmoderny miesza formy, kreuje jeden świat, by zaraz z hukiem go zburzyć. Zaczyna się od reportażu – pan Michał, literat i dziennikarz, ma przeprowadzić wywiad z dwiema starymi ciotami (czy na ten moment raczej: “homoseksualnymi mężczyznami”), pokazać czytelnikowi ich smutny, pełen bólu świat. Nagle okazuje się jednak, że Patrycja i Lukrecja dobrze znają Śnieżynkę z pikiety i orbisówki, a czytelnik nie będzie obserwował ich środowiska z perspektywy dokumentalnej. Księga ulicy, jedna z dwu zasadniczych części Lubiewa, dalej opisuje perypetie wrocławskich ciot, z Witkowskim włącznie. Nie jest to jednak klasyczna narracja – wspomnienia Patrycji i Lukrecji przedstawiane są raczej na podstawie skojarzeń (zgodnie z formą wywiadu), przeplecione są one także scenami z życia innych mężczyzn. I słowo sceny jest tu jak najbardziej na miejscu – rozdziały książki są w większości bardzo krótkie, przedstawiają jedno zdarzenie lub jedną postać, w drugiej części, Ciotowskim biczu, potrafią być to nawet wyrwane z kontekstu fragmenty rozmów czy opisy ze stron randkowych. Powstaje z tego coś w rodzaju sylwy, jednak z dominacją kilku większych opowieści.
Witkowski w swojej książce uchwycił wyrazisty obraz świata, który niemalże z dnia na dzień przestał istnieć, zokcydentalizował się i rozmył w kulturze globalnej. Dużo w Lubiewie starego smutku i brudu, ale też i nostalgii do czasów, w których kultura była „swoja”; dziś zaś nie żyje już ani pies Pankracy, ani Miś Uszatek.

