autor: Wiktor Koszal
Milan Kundera, zmarły przed trzema laty powieściopisarz i eseista, był postacią frapującą. Zna się go powszechnie jako autora czeskiego, choć sam uważał się za pisarza francuskiego i od lat 90. właśnie po francusku pisał. Za młodu komunista, później dysydent i emigrant odrzucający obie te łatki, autor sławny i gardzący sławą, rzadko udzielający wywiadów. Dla polskiego odbiorcy osobliwy może być także fakt zmiany języka, na naszym polu bowiem podobne sytuacje zliczyć można na palcach jednej ręki. Przejście na francuski wyraźnie dzieli karierę Kundery na dwie nierówne – tak ilościowo, jak jakościowo – części, z których przegrywa ta późniejsza, mniej wyrazista stylistycznie. Powieść, o której tutaj mowa – Walc pożegnalny – napisana została w 1972 roku po czesku i w Czechosłowacji, wydana została natomiast 4 lata później – już po wyjeździe Kundery z ojczyzny – i po francusku. Uczucia związane z tym krytycznym momentem emigracji niosą się przez karty powieści.
Walc pożegnalny nie wyróżnia się na tle pozostałych książek pisarza; nie wynika to jednak z jakości samej powieści, a raczej ze swoistej monotematyczności autora: bardzo często jest o miłości, o seksie, z protagonistą lowelasem, opcjonalnie w wieku średnim, z niemałą dozą mizoginii, ale też związanego z nią kobiecego resentymentu; na dalszym planie leży też bezduszna polityka. Tę homogeniczność pisarz zawiera jednak w opakowaniu tak wirtuozerskim – choć zupełnie nienapuszonym – i lekkim w odbiorze, że można mu ją bez żenady wybaczyć.
Powieść składa się z pięciu rozdziałów-dni, podzielonych przy tym na mniejsze podrozdziały odpowiadające perspektywom poszczególnych bohaterów (tych też pięcioro). Wszystkie ich historie przecinają się, czy raczej plączą w supeł perypetii, przypominający nieraz komedię sytuacyjną. Czy zaś czytelnikowi będzie czy nie będzie do śmiechu zależy od tolerancji na wisielczy humor – Kundera operuje nim jednak na tyle umiejętnie, że nie odbiera sytuacjom dramatyzmu, lecz współgra z nimi i nadaje im głębi.
Mamy więc Klimę, sławnego trębacza, który zapładnia pielęgniarkę, Różę, i stara się przekonać ją do aborcji; tegoż żonę, Kamilę, przekonaną o jego niewierności i pragnącą (nie)przyłapać go na gorącym uczynku; Olgę, pielęgniarkę, córkę komunisty, który został ofiarą czystki i Jakuba, jej przyszywanego ojca, mającego na dniach wyjechać na Zachód. Wszystko dzieje się w małym miasteczku uzdrowiskowym, na początku złotej jesieni. W Walcu urzeka klimat tego leniwego kurortu, winiarni i hotelowych obiadów, małomiasteczkowej nudy i wiecznego krzyżowania się ze znajomymi twarzami. Sama akcja jest natomiast wartka – co chwila zmieniamy perspektywę czy konfigurację postaci, poznajemy kolejnego oryginała. Walc stoi właśnie szczególnie barwnymi bohaterami, spośród których wyróżniają się doktor Slama, wdrażający projekt eugenicznego zbawienia narodu, i Bertlef, uduchowiony bałamut i epikurejczyk.
Trudno powiedzieć „o czym” jest Walc pożegnalny, brak tu jednej myśli przewodniej, jakiegoś dobrego podsumowania. Za to też lubię Kunderę, za pisanie w sumie o niczym, o fundamentalnym komizmie ludzkich nieszczęść, jakimś “cha cha” pośród łez i vice versa. Jak pisał filozof: albo się będziesz śmiał, albo będziesz płakał, będziesz żałował i tego, i tego.

