Długo wyczekiwana pieśń szyta jedwabiem

Recenzja Hollow Knight: Silksong

Autor: Juliusz Śmidowski

Hollow Knight: Silksong

Producent: Team Cherry

Wydawca: Team Cherry

Platforma: PC (recenzowana platforma), Xbox, PlayStation, Nintendo Switch

Premiera: 4 września 2025 r. 

Ocena: 5/5 

Większość roku 2025 upłynęła w wyczekiwaniu, czy zapowiedziana już w 2019 kontynuacja Hollow Knight ujrzy światło dzienne. Jej społeczność stała się w świecie gier sztandarowym przykładem grupowej histerii, charakteryzującej się masowym rozpowszechnianiem fałszywych informacji o tym, że gra już wkrótce wyjdzie. Po niespełnionej obietnicy wypuszczenia gry w 2023, w końcu doczekaliśmy się premiery  we wrześniu 2025. Podobnie jak w pierwszej części, w Silksongu przemierzamy zniszczone królestwo w krainie zwanej Pharloom, ale tym razem jako Hornet – postać wspierająca z poprzedniej gry.  Świat stał się bardziej interaktywny, bo faktycznie nawiązujemy dialog z spotkanymi NPC i wyrażamy naszą opinię, a nie tylko kiwamy głową. Rozgrywka stała się za to bardziej liniowa, a wprowadzony system questów pomaga nakierować gracza na to, jakie kolejne kroki powinien przedsięwziąć. Nie robi tego jednak w sposób protekcjonalny, nadal trzeba samemu trochę pozwiedzać, żeby te questy znaleźć.  Nie stanowi to jednak problemu, bo odkrywanie zakamarków jest przyjemnością samą w sobie – każdy region w grze  ma swoją historię i oferuje nowe wyzwania.

Budowa świata pozwala wczuć się w krainę, która czasy świetności ma dawno ze sobą. W odróżnieniu od innych gier z gatunku metrovoidani czy soulsów, nie jesteśmy bezimiennym podróżnikiem, przemierzającym rubieże, bo gramy jako dość charakterystyczna postać.  Mimo to, czujemy, że jesteśmy jedynie małą częścią świata, który istniał, istnieje i istnieć będzie, niezależnie od poczynań naszej bohaterki (chociaż może ona nieco na niego wpływać). Śliczne przedstawienie świata z licznymi obiektami na dalszym planie dodatkowo buduje głębię tego uniwersum  i  podkreśla, jak niewielką rolę odgrywa w nim nasza postać.

Za muzykę ponownie odpowiadał Christopher Larkin i był to strzał w dziesiątką. “Choral Chambers” można z czystym sumieniem nazwać duchowym spadkobiercą “City of Tears”. Oczywiście jest też wiele innych utworów, które sprawiają, że każde nowe przeżycie wyróżnia się oryginalną nutką – od bardziej spokojnych ścieżek dźwiękowych zróżnicowanych regionów królestwa po dynamiczne kawałki podczas walk z bossami.

Jak to bywa z następcami bardzo dobrze ocenianych gier, Silksong był nieco bardziej polaryzujący niż jego uniwersalnie dobrze przyjęta poprzednia część. Gra powszechnie jest oceniana jako trudniejsza względem poprzednika, co, jak twórcy wyjaśniają, wynika z istotnie zwiększonej mobilności Hornet. Nie wszyscy zgadzają się z tym uzasadnieniem i przy okazji narzekają na drobne kwestie z kategorii quality of life.  Niemniej wszyscy fani metrovoidani (a szczególnie fani Hollow Knight) poczują się jak w domu przy tej pozycji. W świecie drogich i niedopracowanych gier studiów AAA, mały indyk od Team Cherry pokazuje, że za przyzwoitą cenę da się stworzyć bardzo przyjemną i satysfakcjonującą grę. Zresztą nie jest to koniec rozwoju Silksonga, ponieważ już zostały zapowiedziane bezpłatne dodatki rozszerzające zawartość gry.