Autor: Piotr Szumski
Herezja.
1. «pogląd religijny sprzeczny z dogmatami religii panującej»
2. «odstępstwo od powszechnie przyjętego poglądu»
(sjp.pwn.pl)
To nie będzie tekst o religii. Choć w zasadzie, do pewnego stopnia, tak. Poruszona tutaj problematyka dotyczy bowiem wzrostu gospodarczego – podstawowego dogmatu globalnego systemu gospodarczego, traktowanego jak niepodważalna świętość. W niniejszym artykule odważę się zaproponować wejście z nim w polemikę. Dlatego właśnie będzie to tekst heretycki.
Czy na świecie istnieje dzisiaj w ogóle jakiś niezaprzeczalny paradygmat? Jakaś nieporuszona podstawa łącząca nie tylko odmienne opcje polityczne, ale wręcz skonfliktowane mocarstwa funkcjonujące w ramach odmiennych kręgów cywilizacyjnych? Ktoś mógłby tutaj wskazać na przykład Agendę 2030 na rzecz zrównoważonego rozwoju, oficjalnie obowiązującą „doktrynę” ONZ. Łatwo byłoby jednak wysunąć kontrargument, że w istocie uniwersalizm dążeń tam zawartych jest iluzoryczny, w praktyce bowiem państwa, zwłaszcza militarne imperia, realizują swoje polityki w oderwaniu od oficjalnie przyjętych na szczeblu międzynarodowym założeń. Jest jednak jeden cel, w zasadzie pół celu ze słynnej siedemnastopunktowej listy ONZ, który bezsprzecznie jest postrzegany jako priorytetowy przez niemal wszystkie regiony i państwa. Gdzie można odnaleźć go pośród kolorowych kafelków Celów Zrównoważonego Rozwoju? Należy skierować wzrok na numer 8 w kierunku ikony na bordowym tle, by ujrzeć na nim jeden z najczęściej oglądanych w przestrzeni publicznej symboli naszych czasów. Pnąca się w górę strzałka to symbol prawdziwej globalnej wiary. Chodzi rzecz jasna o wzrost gospodarczy.
Przyrównanie współczesnej globalnej doktryny ekonomicznej do religii nie jest moim oryginalnym pomysłem. Jest to szeroko stosowana przez przedstawicieli akademickiej humanistyki analogia. Bestsellerowi autorzy w rodzaju Yuvala Noah Harariego dokonują nawet jawnego zrównania tych zjawisk. Nie posuwając się tak daleko, można bezpiecznie stwierdzić, że przekonanie o wzroście jako podstawowym celu ludzkiej działalności gospodarczej jest głęboko utrwalone w społeczeństwie i rzadko stanowi w ogóle przedmiot dyskusji, co znacząco upodabnia je do religijnego dogmatu. Głównym celem niniejszego tekstu nie jest jednak udowodnienie tezy, że postrzeganie przez ludzi zjawisk gospodarczych ma religijny charakter. Dążę w nim raczej do zidentyfikowania rzadko podważanych podstawowych przekonań na temat aktywności ekonomicznej ludzi i wskazania, że jak każda inna kwestia, powinny one być w demokratycznym społeczeństwie przedmiotem krytycznej refleksji i rzeczowej debaty. Taką kwestią jest w szczególności wzrost PKB, a w zasadzie traktowanie konieczności dążenia do niego jako najoczywistszej rzeczy pod słońcem. Postaram się dowieść, że wyłączenie tego zagadnienia z ram światopoglądowych sporów przynosi więcej szkody niż pożytku.
Dlaczego oddychamy wzrostem?
W nowoczesnym społeczeństwie wzrost gospodarczy jest jak powietrze. Nikt nie zauważa jego obecności, a jednak stanowi on konieczny warunek przetrwania. PKB nie znajduje się na liście niezbędnych do przeżycia ludzi składników atmosfery, jednak splot nieuporządkowanych zdarzeń i wpływ kilku niepozornych idei uczyniły go najważniejszym czynnikiem determinującym ludzką aktywność. Jak doszło do sytuacji, w której tak trudno jest wyobrazić sobie świat bez nieustannego powiększania, by posłużyć się ulubioną metaforą ekonomistów, globalnego tortu? Dlaczego nasze myślenie o rozwoju utożsamiamy z ciągłym pomnażaniem produkcji dóbr i usług? Jakie ma to konsekwencje dla planety oraz nas samych? Pytania te są niezwykle trudne, postaram się jednak zarysować kierunek, który zachęci czytelników, by samodzielnie wyruszyć w drogę w poszukiwaniu odpowiedzi.
Wzrost, ani powszechna dominacja narracji na jego temat, nie wzięły się znikąd. W zasadzie, choć można dostrzec początek niepowstrzymanej już później tendencji zwyżkowej w gospodarce światowej w okolicach połowy XIX w., nie istniał wówczas współczesny system rachunków narodowych, a pojęcie wzrostu gospodarczego nie stanowiło głównego punktu odniesienia w ekonomicznej debacie. W istocie początek okresu hegemonii wzrostu jako głównego celu gospodarki wiąże się z pewnym bardzo ważnym wynalazkiem, który wykorzystano zupełnie inaczej, niż przewidywał jego autor – mowa o koncepcji produktu krajowego brutto.
PKB wyklarował się jako pochodna pierwotnego wskaźnika narodowej produkcji opracowanego w latach 30. XX w. przez Simona Kuznetsa na rzecz rządu amerykańskiego, zmagającego się wówczas ze skutkami Wielkiego Kryzysu. Początkowym celem, dla którego powstał miernik PKB była walka z recesją – możliwość adekwatnego oszacowania poziomu produkcji i odchylenia wyników gospodarczych od poziomu potencjalnego okazała się w tym wyjątkowo pomocna. Wskaźnik ten miał się też wkrótce przydać w realiach gospodarki wojennej do szacowania bazy podatkowej i mocy produkcyjnych. Sam autor koncepcji produktu narodowego brutto odżegnywał się jednak od jego stosowania jako miernika dobrobytu. Przekonywał, że produkcja brutto mierzy w istocie całość identyfikowalnej aktywności rynkowej – a więc zarówno pożyteczną, jak i szkodliwą społecznie działalność, a ponadto nie uwzględnia pracy wykonywanej poza systemem rachunków, m.in. przez gospodarstwa domowe na rzecz swoich członków. W skrócie PNB miał być punktem wyjścia do opracowania lepszego wskaźnika dobrobytu – nie zaś ostateczną jego miarą. Stało się inaczej.
Nieprzewidziana hegemonia
Nawet wówczas nie było jednak oczywiste, jaką dużą wagę do wzrostu PKB przyłożą następne pokolenia ekonomistów i polityków. Możliwości, jakie dało przybliżenie wielkości krajowej gospodarki rządom były zbyt duże, a stawka zbyt wysoka, by uznały one, że należy szukać dalej. W równej mierze wzrost PKB okazał się sprzyjać właścicielom wielkich przedsiębiorstw, którzy w oparciu o niego mogli planować finansowanie dużych projektów. Obietnicę ciągłego zwiększania się miernika rynkowej aktywności z wielką radością przyjęli wreszcie giełdowi inwestorzy, którzy w ciągu kilku następnych dekad mieli całkowicie przejąć pałeczkę pierwszeństwa w globalnej gospodarce. Powstanie paradygmatu wzrostu PKB zostało zasygnalizowane podczas konferencji Bretton Woods w 1944 r. po oficjalnym przyjęciu tej miary przez społeczność międzynarodową, zaś jego zapanowanie okazało się przesądzone w 1960 r. wraz z powstaniem Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, która za główny cel działania przyjęła wspieranie polityki ukierunkowanej na jak najwyższy i trwały wzrost gospodarczy.
Pierwsze dekady po zakończeniu II wojny światowej określa się jako złoty wiek kapitalizmu. Obowiązujący dziś model światowej gospodarki – z globalnym podziałem pracy, kluczową rolą międzynarodowych korporacji i silnymi rynkami finansowymi ukształtował się właśnie w tym okresie (a jego dominację przypieczętowała rozpoczęta w latach 80. era neoliberalizmu). Motorem tego systemu stał się właśnie wzrost gospodarczy. Rzeczą niełatwą do wytłumaczenia i nieco zawoalowaną wydaje się jednak jego napędowa funkcja. W istocie rzeczy wzrost PKB oznacza zagregowaną wartość nadwyżki generowanej w gospodarce, która służy do reinwestycji w dalszy rozwój. Konieczność jej generowania leży u samego rdzenia współczesnego modelu gospodarczego, który de facto jest zaprojektowany tak, by jego funkcjonowanie było możliwe tylko pod warunkiem wzrostu. Ten fakt warto sobie uzmysłowić niezależnie od przekonań na temat samej pożyteczności zwiększania PKB, gdyż ukazuje on, dlaczego wzrost gospodarczy tak rzadko stanowi przedmiot polemiki. Jak to działa w praktyce?
Kapitalistyczne przedsiębiorstwo, by mogło funkcjonować, musi zapewniać (przynajmniej w długim okresie) zysk dla swoich właścicieli. Gdy tak się nie dzieje, traci ono zaufanie inwestorów, zmniejsza obroty i z konieczności (dobra lub zła wola zarządzających ma tu niewiele do rzeczy) dokonuje zwolnień pracowników, dla których praca ta stanowi podstawowe źródło utrzymania. Gdy zjawisko to występuje na masową skalę, dochodzi do recesji, która wywołuje bezrobocie dotykające niekiedy miliony osób (jak brzemienne jest to w skutkach pokazał choćby kryzys z 2008 r.). Państwa zaś finansują swoje działania dzięki podatkom oraz zadłużeniu i w obu przypadkach czynnikiem zapewniającym mu tę możliwość jest wzrost PKB, który prowadzi do zwiększenia bazy podatkowej, z której rządy mogą pozyskiwać środki. Jeśli się tak nie dzieje, kraje mogą wpaść w pętlę zadłużenia u prywatnych inwestorów, by zapewnić finansowanie podstawowych usług publicznych, a w skrajnych wypadkach nawet zbankrutować. W praktyce system ten uzależnił od siebie wszystkich uczestników życia gospodarczego „nie pytając o zdanie”. Właśnie dlatego zasadniczym pytaniem ekonomii pozostaje „jak” generować nadwyżki produkcji, ale nigdy „czy” to robić – swoisty design globalnej gospodarki tworzy alternatywę, w której jedynymi dostępnymi opcjami są wzrost lub katastrofa.
Gospodarcza choroba dwubiegunowa afektywna
Powyższe spostrzeżenie w żadnym stopniu nie oznacza zanegowania pozytywnych skutków, które wzrost gospodarczy historycznie przyniósł społeczeństwom. Przede wszystkim umożliwił on zwiększenie bazy podatkowej do sfinansowania usług publicznych (edukacji, ochrony zdrowia i systemu ubezpieczeń społecznych), które zapewniły bezprecedensową poprawę jakości życia na całym świecie w ubiegłym stuleciu. Wzrost gospodarczy stanowił też bodziec do stworzenia wielu pożytecznych innowacji technologicznych (choć zainicjował też całkiem sporo szkodliwych). W tych warunkach możliwe okazało się zapewnienie wysokiego poziomu materialnego dobrobytu ludności w krajach globalnej Północy i redukcja ubóstwa w skali światowej. W tych dwóch ostatnich kwestiach bilans nie jest jednak jednoznacznie korzystny dla wzrostu gospodarczego. Wprawdzie bowiem na polu poprawy warunków materialnych dokonał się pewien postęp, jednakże alokacja korzyści przyniesionych przez globalny wzrost dochodu okazała się na przestrzeni dekad wyjątkowo nierówna, wspierając ogromne wzbogacenie się najzamożniejszych bez jednoczesnej twardej likwidacji biedy. Ponadto design systemu opartego na globalnym podziale pracy i wolnym handlu wpędził dużą część krajów globalnego Południa w uzależnienie od popytu krajów bogatych na dobra wytwarzane przy udziale taniej siły roboczej – utrwalając mechanizm, w którym dobrobyt jednych możliwy jest kosztem innych.
Jednocześnie wątpliwe wydaje się, że dalszy wzrost poziomu produkcji przynosi pozytywne skutki społeczne w krajach o wysokim dochodzie. Konieczność generowania nadwyżek, usprawiedliwiona modelem gospodarki, prowadzi do funkcjonowania społeczeństw w warunkach ciągłego paradoksu. Z jednej strony wiadomo, jak brzemienna w skutkach dla społeczeństwa jest nadmierna konsumpcja. Można posłużyć się przykładem żywności i wzmagającymi się chorobami cywilizacyjnymi takimi jak np. cukrzyca. Można przytoczyć przykład mody i wątpliwej etycznie tendencji do coraz krótszego czasu użytkowania odzieży. Można wreszcie wziąć na warsztat gospodarkę niematerialną, w której walutą generującą nadwyżki jest nasza uwaga i czas, poświęcany w coraz większych ilościach szkodliwym dla zdrowia psychicznego mediom społecznościowym, kosztem budowy zdrowych więzi z bliskimi. Jednocześnie wszystkie te zjawiska wspierają – nieodzowny do przetrwania – wzrost PKB. Przestroga Simona Kuznetsa okazała się słuszna. Jesteśmy uzależnieni od wzrostu, choć coraz wyraźniej jego efekty zaczynają nam szkodzić. I nie tylko nam. W jeszcze większym stopniu cierpi bowiem planeta.
Zielony wzrost?
Jak wspomniałem, ostatnie dekady cechowały się niezwykle dynamicznym tempem wzrostu gospodarczego. Jednocześnie nastąpiło w tym okresie niespotykane w geologicznej skali czasu natężenie wpływu człowieka na ekosystemy planety.
To nie przypadek. Jest to wręcz zgodne z najbardziej podstawową intuicją. Żaden przedmiot ludzkiej wytwórczości nie bierze się z próżni. Każda aktywność gospodarcza wymaga wykorzystania określonych materiałów, zużycia pewnej ilości energii, wytworzenia jakiegoś rodzaju produktów ubocznych. W skali makro przekłada się to na towarzyszący wzrostowi gospodarczemu problem nadmiernej ekspansji zasobów Ziemi. Potwierdzają to dane. Wydobycie surowców potrzebnych do działalności przemysłowej w wielu miejscach zdegradowało lokalne ekosystemy. Działalność rolna i leśna nakierowana na uzyskanie jak najwyższej efektywności osłabiła bioróżnorodność i doprowadziła do spadku jakości gleb. Wreszcie energetyka oparta na spalaniu paliw kopalnych okazała się najważniejszą przyczyną globalnych zmian klimatycznych – i przyznają to wprost nagradzani odpowiednikiem Nobla przedstawiciele głównego nurtu ekonomii, jak np. William Nordhaus.
Wzrost ma jednak na tyle duże umocowanie jako zasadnicza koncepcja rozwojowa, że fakty te rzadko inspirują do polemiki na temat samej jego konieczności. Zazwyczaj stanowią one bodziec do sformułowania pytania, jak oddzielić wzrost gospodarczy od zwiększania presji na środowisko. Problematyka ta jest określana w literaturze mianem decoupling [dosł. rozprzężenie (ang.) – przyp.red.], oznaczającym odprzęgnięcie czy też rozdzielenie tych dwóch wielkości. Odpowiedź, jakiej dostarcza praktyka ekonomiczna jest niejednoznaczna. Z jednej strony, bogatym krajom globalnej Północy rzeczywiście udało się zmniejszyć emisje niektórych szkodliwych substancji (w szczególności tlenków siarki i azotu) i utrzymać wzrost w skali ostatniego trzydziestolecia. Już w latach 90., gdy zaobserwowano to zjawisko, przedstawiciele głównego nurtu ekonomii nadali mu rangę prawa, które sformalizowano w koncepcji środowiskowej krzywej Kuznetsa (environmental Kuznets curve, EKC). Miała ona oznaczać, że dynamiczna zależność między wzrostem gospodarczym a zanieczyszczeniem środowiska przybiera kształt odwróconej litery U – we wczesnej fazie rozwoju państwa zwiększają swój wpływ na środowisko, ale wraz ze wzrostem zamożności obniżają go ze względu na dematerializację gospodarki (przejście od przemysłu do usług), rosnącą świadomość ekologiczną ludności i oczekiwanie wyższego standardu życia.
Nietrudno dostrzec, że tego rodzaju narracja ma znaczące implikacje polityczne. Wynikają z niej bowiem leseferystyczne rekomendacje oparte o przekonanie, że wzrost wszystko wyczyści. Jest to jednak wizja dalece niepewna. Szereg badań nad EKC doprowadził do obecnego braku konsensusu wśród ekonomistów co do występowania takiej zależności. Mimo ciągłych zmian w strukturze gospodarczej oraz stosowaniu na coraz szerszą skalę odnawialnych źródeł energii globalne emisje dwutlenku węgla wciąż rosną, a kraje globalnej Północy wciąż emitują więcej CO2 per capita, niż kraje globalnego Południa. Część zwolenników koncepcji tzw. zielonego wzrostu argumentuje, że gospodarki nie osiągnęły jeszcze odpowiedniej dojrzałości technologicznej i należy poczekać, aż postęp techniki przyniesie odpowiednie środki naprawcze dla szkód, które dotychczas wyrządzono środowisku, a wzrost gospodarczy będzie można zasilać w całości z odnawialnych źródeł energii. Problem w tym, że nie wiadomo kiedy i czy w ogóle się to wydarzy, a zarazem postęp zmian klimatycznych i degradacji środowiska może do tego momentu nabrać jeszcze poważniejszego charakteru, który nie tylko okaże się zgubny dla ekosystemu, ale też trwale uniemożliwi wzrost gospodarczy – a więc w założeniu źródło zbawiennej technologii.
Prawdziwa stawka gry
Najważniejszym elementem przedstawionej tu przeze mnie dyskusji nie jest jednak rozstrzygnięcie, czy zielony wzrost jest możliwy. Właściwe pytanie, które należy postawić w tym miejscu, brzmi: czy w ogóle chcemy, by wzrost był niepodważalnym dogmatem i podstawą naszych gospodarek? Gdy to pytanie przebiło się w ostatnich latach do głównego nurtu debaty publicznej, przeważająca część ekonomistów stanęła w obronie status quo. Niektóre środowiska wyraziły jednak pogląd przeciwny. Ta grupa opowiedziała się za rozwijaniem koncepcji, które określa się mianem postwzrostowych.
Samo sformułowanie postwzrost może budzić pewien zgrzyt. Takie człony jak post- najczęściej stosowane są do tworzenia wyrażeń związanych z abstrakcyjnymi pojęciami opisującymi zjawiska kulturowe, jak choćby postmodernizm, postprawda, postkomunizm. Ze słowem wzrost ta cząstka zdaje się nieco gryźć. Być może niesłusznie. Jak starałem się wykazać, wzrost gospodarczy stanowi jeden z najistotniejszych konceptów naszych czasów. Jest zarówno rzeczywistym zjawiskiem wyrażającym się w powiększaniu materialnej produkcji, jak i nośnym konstruktem kształtującym społeczny krajobraz mentalny. Jest wzrost, a więc może być i postwzrost, a nawet dewzrost, jak tłumaczony jest niekiedy anglojęzyczny termin opisujący poglądy przedstawicieli nurtu degrowth. Kwestie językowe mogą wydawać się drugorzędne, w moim przekonaniu warto jednak poświęcić im uwagę, gdyż stanowią one dodatkowy argument na rzecz tezy, że obecnie brakuje nawet ram pojęciowych, w których można by ująć alternatywy dla wzrostu gospodarczego jako rozwojowego paradygmatu. Jakie są jednak założenia samego omawianego nurtu?
Korzenie ruchu postwzrostowego sięgają lat 70. i klimatu intelektualnego, który wytworzył się wokół publikacji Granice wzrostu, raportu Klubu Rzymskiego opisującego potencjalne konsekwencje gospodarcze i ekologiczne dalszego utrzymania modelu wzrostu gospodarczego, który panował w ówczesnej epoce. Choć, co należy podkreślić, wiele z przedstawionych w tamtym tekście zapowiedzi miało się okazać nietrafionych, przyczynił się on walnie do ukształtowania pewnego sposobu myślenia na temat Ziemi i jej zasobów, który obecnie wyraża się właśnie w nurcie postwzrostowym. Swoje trzy grosze dorzucili Francuzi, a stworzona przez nich koncepcja decroissance, dająca się dosłownie tłumaczyć właśnie jako dewzrost, stworzyła pole do intelektualnej syntezy myśli wyrażonej przez radykalne ruchy antykonsumpcyjne i ekologiczne w latach 90. Koncepcje te stopniowo rozprzestrzeniły się w krajach południowoeuropejskich, by następnie trafić na żyzny grunt sfery anglojęzycznej. W ubiegłej dekadzie książki i artykuły takich autorów, jak Giorgios Kallis, Jason Hickel i, częściowo, Kate Raworth, zyskały globalny rozgłos i uczyniły nurt postwzrostowy przedmiotem szerszej, choć nierównej, debaty.
Meandry postwzrostu
Na czym polegają postulaty przedstawicieli postwzrostu? Uważają oni, że podporządkowanie funkcjonowania gospodarki paradygmatowi wzrostu PKB prowadzi do rozwiązań niesprawiedliwych społecznie i szkodliwych dla środowiska, dlatego postulują jego porzucenie na rzecz celów bezpośrednio powiązanych ze zwiększaniem dobrostanu ludzi i ekosystemu. Środowisko to wyraża pogląd, że konieczne jest też przeformułowanie samej koncepcji dobrobytu, tak by oznaczała ona nie tyle materialną zamożność, co lokalną autonomię w zakresie dostarczania potrzebnych dóbr, zmniejszenie tempa życia i funkcjonowanie oparte na kategoriach wystarczalności zamiast wydajności. Interesujący jest postulat-antidotum na niesprawiedliwe mechanizmy globalizacji, dający się ująć w ramach sugestii, by kraje globalnego Południa, zamiast z konieczności skupiać się na „doganianiu” globalnej Północy, rozwinęły własny paradygmat rozwojowy, co miałoby się stać możliwe po zmniejszeniu ich uzależnienia od kapitału zachodnich korporacji. Rekompensatą miałyby być wdrożone przez społeczność międzynarodową mechanizmy globalnej redystrybucji.
Co zaś z kwestiami ekologicznymi? Charakterystycznym przekonaniem autorów postwzrostowych jest opozycja względem postawy określanej mianem ekomodernizmu, czyli przekonania, że planetę i ekosystemy można ocalić za pośrednictwem rozwijania nowoczesnych technologii. Ten swoisty technosceptycyzm koresponduje z innym wyrażanym w tym środowisku odważnym stanowiskiem filozoficznym. Przykładowo Jason Hickel w swojej książce Mniej znaczy lepiej rozwija myśl, że zrównoważone podejście do zasobów Ziemi nie jest możliwe do uzyskania przy utrzymaniu antropocentryzmu, czyli przekonania, że człowiek stanowi najwyższą spośród istot żywych i ma zasadnicze prawo do eksploatacji innych gatunków. Podkreśla on, że antropocentryzm leży u podstaw zarówno światopoglądu liberalnego, opartego na wywodzących się z oświecenia wartościach i „naukowych” przesłankach, jak i religijnego, w szczególności w obszarze zachodnich religii monoteistycznych (co nie oznacza oczywiście, że np. chrześcijanie nie są przez zasady swojej wiary wezwani do ochrony środowiska, ale że postrzegani są przez doktrynę jako „korona stworzenia”). W związku z tym jest to pogląd przyjęty dziś niemal uniwersalnie.
Według Hickela i innych autorów postwzrostowych taka postawa nie daje się pogodzić z rzeczywistą troską o ekosystemy i ich skuteczną ochroną. Odpowiedzią jest w takim ujęciu zwrot ku światopoglądowi inspirowanemu przekonaniami wyrażanymi w społeczeństwach tradycyjnych, określanego mianem animizmu, czyli poglądu, że wszystkie istoty żywe mają wspólny pierwiastek, który nakazuje je traktować na równi i z głębokim szacunkiem. Współczesną wersją tego rodzaju postawy jest tzw. filozofia głębokiej ekologii, rozwijana od 2. połowy XX w. w środowiskach intelektualnych powiązanych z ruchem ekologicznym. Jej antykonsumpcyjny charakter, a także postulat respektu wobec wszystkich istot żywych i przejścia od postrzegania Ziemi w kategoriach zasobów w kierunku opartej na współzależności sieci życia, są w istocie radykalne i nie mieszczą się w ramach traktowanych dziś jako okno Overtona publicznej debaty.
Powrót do cywilizacji
Poglądy wyrażane przez autorów postwzrostowych krytykowane są nieraz za duży poziom abstrakcji i oderwania od rzeczywistości. Ich niewątpliwa zasługa polega jednak na zwróceniu uwagi na problemy, które często są zupełnie pomijane w publicznej debacie. Kluczowe jest tu spostrzeżenie, którego dokonała w swojej książce Ekonomia obwarzanka Kate Raworth, mianowicie, że traktowanie wzrostu PKB jako głównego celu gospodarki jest nienaturalne z perspektywy podstawowych ludzkich instynktów. Według wspomnianej autorki PKB jest „kukułką”, która jako intruz wdarła się do gniazda właściwie pożądanych, prospołecznych i proekologicznych celów gospodarczych i usunęła je z niego na tyle niepostrzeżenie, że dziś jej obecność nie budzi najmniejszych znaków zapytania.
Przywrócenie, a może dopiero wprowadzenie do debaty publicznej tematyki celu funkcjonowania gospodarki wydaje mi się jednak kwestią absolutnie nieodzowną. By podeprzeć tę tezę, posłużę się pewną ilustracją. W rozmowach na temat polityki zwykliśmy dzielić kwestie z nią związane na dwie kategorie. Jedna obejmuje tematy nazywane zwykle światopoglądowymi, dotyczącymi sfery wartości czy, węziej, obyczajowymi. Do drugiego worka wrzucamy kwestie gospodarcze. I tak jak o tych pierwszych prowadzimy zażarte dyskusje, traktując je nieraz jako zagadnienia wagi egzystencjalnej, te drugie są nierzadko widziane jako drugorzędne – ważne, ale „eksperckie” tematy, na które być może większość społeczeństwa posiada swoje opinie, ale nie zwykła poświęcać im płomiennych debat, o ile akurat nie są zagrożone żywotne interesy grupy społecznej, do której należą. Dlaczego tak się dzieje?
Wynika to przede wszystkim z natury dyskusji o kwestiach ekonomicznych w obecnej debacie publicznej. Dopóki gospodarka będzie traktowana jako oddzielna od społeczeństwa (i środowiska) warstwa, a do jej opisu będą stosowane nieznane większości ludzi (i utrzymywane tak celowo) pojęcia, trudno będzie doprowadzić do realnej demokratyzacji dyskusji o niej. Warto zwrócić uwagę, jaki język jest zwykle stosowany do opisywania zachodzących w tej sferze procesów. Mówimy często o tym, że „gospodarka się rozwija”, dane zachowanie konsumenckie jest „dobre dla polskiej gospodarki” lub że chcemy zadbać o zrównoważony rozwój „społeczny i gospodarczy”. Wspólny mianownik? Nieustannie, domyślnie mamy tu na myśli wzrost. Rozwój gospodarki to wzrost PKB, a od wzrostu PKB są ekonomiści, bo to oni się na tym znają. Interakcje całego systemu ekonomicznego ze wszystkimi innymi aspektami rzeczywistości, jego integralne wpisanie w system prawny, społeczny, kulturowy czy wreszcie w relacje ze środowiskiem naturalnym pozostają w dużej mierze niedostrzeżone, choć z pewnością są to tematy bliskie każdej i każdemu z nas.
Państwo narodowe na ostrzu noża
Mój tekst nie stanowi poparcia dla postulatu odejścia od wzrostu gospodarczego tu i teraz. Poziom osadzenia współczesnej gospodarki w mechanizmach wzrostu jest zbyt duży, by było to możliwe bez poniesienia nieproporcjonalnych strat społecznych. Na chwilę obecną podnoszenie się poziomu PKB gwarantuje wypłacalność rządu, możliwość realizacji ambitnych inwestycji czy wreszcie podnoszenie się stopy życiowej ludności (mimo że nowo wytworzony dochód w nieproporcjonalnie dużym stopniu alokowany jest do osób najzamożniejszych). To wszystko ma niebagatelne znaczenie z jeszcze jednego powodu. Wzrost PKB jest współcześnie wyrazem narodowych ambicji. Dzięki niemu państwa budują swoją reputację na arenie międzynarodowej i mogą podpierać swoje infrastrukturalne czy militarne projekty. Kwestie narodowe zdają się stanowić brakujący element układanki postwzrostowych koncepcji, oscylujących głównie wokół lokalistyczno-globalistycznej dychotomii. Uważam jednak, że ich uwzględnienie w tego rodzaju dyskusjach jest nie tylko konieczne ze względu na uniknięcie alienacji przywiązanych do tożsamości narodowej uczestników debaty publicznej, ale i pożyteczne ze względu na możliwości, jakie daje sprawczość państw w zakresie realizacji części wyrażonych przez środowiska postwzrostowe postulatów. Weźmy na warsztat przykład Polski.
W skali globalnej nasz kraj jednoznacznie należy do państw o wysokim dochodzie. Drugi najwyższy po Chińskiej Republice Ludowej wzrost w okresie 1990-2020 doprowadził do tego, że w ujęciu parytetu siły nabywczej Polska jest obecnie 20. gospodarką na świecie (co można potraktować jako miarę wpływu na globalny system gospodarczy) i 39. per capita (co obrazuje w przybliżeniu zamożność ludności). Od 2009 r. Polska jest uznawana za państwo o wysokim dochodzie przez Bank Światowy. Szkopuł tkwi jednak w przyjętej skali porównania. Miejsce na przełomie drugiej i trzeciej dziesiątki gospodarek europejskich w ujęciu per capita wciąż nakłada na nasz kraj imperatyw „dogonienia Zachodu” (choć pod tym względem wyprzedzają nas także choćby Czesi, Słoweńcy i Litwini). Materialny poziom dobrobytu, zwłaszcza pod kątem zgromadzonego majątku, jest w Polsce znacznie niższy niż w najbogatszych krajach UE i zupełnie niedopasowany do ambicji znacznej części mieszkańców. Jednocześnie uwzględniając zależności historyczne Polska jest państwem o znacznie mniejszym „długu klimatycznym”, w szczególności ze względu na fakt nieuczestniczenia w europejskiej ekspansji kolonialnej. Wszystko to stanowi argument za pewnego rodzaju „prawem do wzrostu”, które nasz kraj miałby posiadać, a zatem potencjalną dalszą eksploatacją rodzimych zasobów przyrody.
Z drugiej strony znaczna większość uczestników debaty publicznej zdaje się nie dostrzegać, że potencjał rozwojowy naszego kraju i jego nieskończona, wydawałoby się, „wzrostowość” z pewnością przestanie się wkrótce opierać na możliwościach wynikających z energetyki opartej na paliwach kopalnych, obfitości zagranicznych inwestycji i niskich kosztach pracy – a to oznacza konieczność znalezienia nowego bodźca ukierunkowującego ten rozwój. Stanowi to w moim przekonaniu doskonałą okazję, by „przeskoczyć” na najnowocześniejsze, najbardziej zielone i prospołeczne innowacje gospodarcze i niejako od razu znaleźć się na poziomie frontier (za przykład, że jest to możliwe, niech posłuży polski sektor bankowy, który, choć jeszcze kilkanaście lat temu przestarzały, dziś wykorzystuje technologie uznawane za jedne z najbardziej innowacyjnych na skalę światową). Jeśli mamy prawo do wzrostu, sami przetestujmy, czy możliwy jest ten zielony, tworząc własne technologie, realizując innowacje i zapewniając wysokiej jakości miejsca pracy. Wyniki zestawień w rodzaju 100 najbogatszych Polaków Forbesa udowadniają, że niezbędny kapitał już posiadamy, potrzeba jeszcze ambitnej polityki państwa i odpowiedniego klimatu sprzyjającego ukierunkowanej proekologicznie innowacyjności.
Kierując się w tym wyobrażeniu dalej, być może okaże się, że w ten sposób osiągniemy poziom PKB, który uznamy za satysfakcjonujący i przekonamy się, że dalszy wzrost nie jest już konieczny do poprawy naszego dobrobytu. Być może będziemy mieli dobrą sposobność, by przekierować uwagę na inne aspekty jakości życia. Przemodelować biznesy, odmienić sposób wykorzystania środków publicznych i doprowadzić w ten sposób do efektu domina na regionalną, a może nawet europejską skalę. Brzmi to z pewnością jak absolutna ułańska fantazja, ale docenienie roli narodowych ambicji jako potencjalnego sojusznika zielonej transformacji, a nawet odejścia od paradygmatu wzrostu na rzecz prospołecznie ukierunkowanej gospodarki może zupełnie odmienić nasze spojrzenie na te pozornie skonfliktowane dziedziny politycznej rzeczywistości. Dlaczego nie chcielibyśmy jako Polska zasłynąć z najlepszych programów rekultywacji środowiska, najbardziej zielonych technologii, najnowocześniejszych, prospołecznych modeli biznesowych? W moim przekonaniu nie powinniśmy zaprzepaścić takiej szansy.
Kolizyjny kurs na debatę
Możliwe, że czytelnicy uznają poprzedni rozdział za oderwane od rzeczywistości bajanie. Nie wykluczam, że do pewnego stopnia tak jest. Moją intencją jest jednak wyrażenie w pigułce możliwości, jakie daje poszerzenie ekonomicznego imaginarium. Pokazanie, że linearny model wzrostu gospodarczego eksploatującego zasoby przyrody nie jest jedynym, co potrafimy sobie wyobrazić. Jest to zgodne z duchem wezwania Kate Raworth wyrażonego w Ekonomii obwarzanka, by mieć odwagę wyobrażać sobie lepsze rozwiązania – a następnie spróbować je testować i rozwijać te, które przynoszą dobre efekty.
To co jest nie do pomyślenia, jest także nie do zrealizowania. Ten pierwszy warunek musi zostać spełniony, a do tego niezbędna będzie otwarta i uczciwa dyskusja. Poglądy podważające potrzebę nieskończonego wzrostu gospodarczego, jeśli w ogóle wybrzmiewają, zdają się na tę chwilę nie mieć równego pola na arenie publicznej debaty. Są z niej najczęściej wykluczane, zarówno przez „kapłanów” wzrostu – przedstawicieli głównego nurtu ekonomii – jak i zainteresowanych tematem „świeckich wiernych”, którzy odrzucają je jako nierealistyczne. Jestem jednak przekonany, że potrzebujemy dziś wyłożenia herezji postwzrostu na stół. Być może przegra ona to starcie, ale niech odbywa się ono na równych zasadach. Najwyższy czas otworzyć się na dyskomfort rozprawy. Mój tekst chciałbym zamknąć apelem o rozpoczęcie otwartej dyskusji przez osoby, które zainteresował omawiany temat. To jedyny sposób, by zamiast ortodoksyjnego, religijnego osądu wybranych, zadecydował demokratyczny sąd upodmiotowionego społeczeństwa.

