Autor: David Bednarczyk
Relacje Pekinu z Waszyngtonem w ostatniej dekadzie stały się głównym przedmiotem katastroficznych wizji nadchodzącego globalnego konfliktu, mającego zmaterializować się najprawdopodobniej na basenie Morza Południowo-Chińskiego lub podczas walki o Tajwan. Owe spekulacje – posiadające uzasadnienie w postaci konfliktu interesów w instytucjach międzynarodowych, miejscu w łańcuchu dostaw oraz rywalizacji o dominację nad infrastrukturą technologiczną w Europie – są jednak przesycone ukrytymi założeniami powziętymi z przeszłych konfliktów, różniących się zasadniczo od obecnego.
Pułapka Tukidydesa
To teoria, która sugeruje, że gdy rosnąca potęga zagraża dominującej potędze, wynikająca z tego rywalizacja często prowadzi do nieodzownego konfliktu zbrojnego. Pojęcie to pochodzi od greckiego historyka Tukidydesa, który opisał napięcia między starożytnymi Atenami i Spartą jako przyczynę wojen peloponeskich. Za logiką niemożliwości uniknięcia konfliktu stoi fakt, iż doganiana potęga zakłada, że kończy jej się czas na używanie swoich dotychczasowych przewag do pokonania rosnącego rywala, zaś warunki pokoju są nieakceptowalne przez pretendenta, jako że uniemożliwiłyby mu dalszy wzrost.
Do sytuacji wymienianych jako przykłady owej pułapki zaliczyć można konflikt Zjednoczonego Królestwa z Drugą Rzeszą (przed I wojną światową; dotyczył on dominacji nad koloniami i Europą Zachodnią), wzrostu przemysłowego i demograficznego carstwa rosyjskiego w dobie dominacji Niemiec (również przed 1914 r.) oraz Japonii z Rosją przed 1905 r. Wielu publicystów wnioskuje o swego rodzaju determinizmie, spowodowanym danym układem sił. Jednakże, jak to niegdyś wskazał Frédéric Bastiat, „widać to, co widać, a nie widać tego, czego nie widać” – choć brzmi to banalnie, dodaje kontekstu w rozważaniach nad wspomnianym problemem. Przykłady prześcigania się mocarstw bez masowego rozlewu krwi nie są bowiem rzadkością – są jedynie mniej widoczne na kartach historii, gdyż takim ruchom nie towarzyszą miliony ofiar. Do przykładów pokojowego rozwiązywania pozornych pułapek zaliczyć można prześcignięcie Zjednoczonego Królestwa przez Stany Zjednoczone, ostateczny wynik zimnej wojny czy też porozumienie z Plaza, które stłumiło wzrost Japonii w latach 80. XX wieku.
Nowy Plaza Accord?
Japonia, po parudziesięciu latach cudownej odbudowy po II wojnie światowej, była w latach 80. namaszczana przez publicystów na przyszłą największą gospodarkę świata. Miała prześcignąć Stany Zjednoczone swoją etyką pracy, wysoko rozwiniętą technologią i bardziej strategicznym podejściem państwa do gospodarki. Wielu jednocześnie uważa, że wizja była bliska spełnienia, jako że Japonia doścignęła 70 proc. PKB Stanów Zjednoczonych. Mimo tak silnej i wciąż rosnącej pozycji, udało się zaciągnąć Japończyków do stołu negocjacyjnego na warunkach amerykańskich.
Dominacja kapitałowa USA była nadal przeważająca, a Japonia była wysoce zintegrowanym elementem gospodarki światowej. Wzrost produkcji w Japonii nie oznaczał, że suma majątku znajdującego się w rękach Japończyków była jakkolwiek porównywalna do tego, który dzierżyli Amerykanie. Zmuszeni do zmian reguł gry, w tym aprecjacji jena, Japoński eksport został mocno ograniczony, a po bańce spekulacyjnej (powodowanej dostosowywaniem stóp procentowych Banku Japonii do szybkiego wzrostu ceny jena oraz naciskiem USA na deregulację i liberalizację inwestowania jena poza granicami Japonii) trwającej do lat 90. Japończycy weszli w straconą dekadę stagnacji, po której jej problemy demograficzne ostatecznie wbiły gwóźdź do trumny jakimkolwiek marzeniom o hegemonii.
Sprawa chińska
Chiny, wbrew polskim percepcjom reżimów formalnie komunistycznych, mają przede wszystkim tożsamość handlarzy – podobnie, jak Japończycy po II wojnie światowej i Anglosasi konkurujący ze sobą w pierwszej połowie XX wieku. Gdyby Waszyngtonowi udało się przymusić Pekin do negocjacji, chociażby ku aprecjacji renminbi (oficjalnej waluty Chin), to upadająca konkurencyjność Chin pod względem ceny pracy mogłaby doprowadzić do sytuacji, o której mówią niektórzy polscy sinolodzy. Wieszczą oni zestarzenie się Chińczyków, zanim zdążą się wzbogacić (w kontraście do tego, co wydarzyło się z Japonią). Chińscy obywatele, chcąc jakkolwiek budować swoje wpływy poza granicami państwa środka, nie będą mogli tego zrobić bez urynkowienia cen chińskiej waluty – potrzebny do tego jest swobodniejszy przepływ kapitału.
Niektórzy analitycy z USA (m.in. Peter Zeihan) wskazują, że populacja Chin może i tak być zawyżona o nawet sto milionów osób. To zaś, co jest potrzebne do przyciągnięcia Chińczyków do stołu – czy pozwolenie na większą kontrolę nad Tajwanem, od którego USA pilnie próbują się uniezależnić pod względem technologii czipów, czy też straszenie odbudowaniem relacji między Waszyngtonem a Moskwą w przypadku wygranej Donalda Trumpa i tzw. odwróconym Nixonem – okaże się z czasem. Warto jednak zauważyć, że w obu mocarstwach zdominowanych politycznie przez bojowo nastawionych starszych ludzi, młodsze pokolenia są skrajnie zdemotywowane wobec działania na rzecz swych rodzimych ośrodków.

