William Nordhaus jest jednym z najbardziej cenionych i najczęściej cytowanych ekonomistów środowiskowych. Ten obecnie 83-letni dżentelmen, absolwent najlepszych amerykańskich uczelni (doktorat na MIT), prowadził od lat 90. badania nad wpływem rosnącej globalnej temperatury na światową gospodarkę. Jego działalność na tym polu osiągnęła punkt kulminacyjny w opracowaniu z grupą współtwórców tak zwanego modelu DICE (Dynamic Integrated Climate-Economy) opartego na metodyce integrated assessment, polegającej na uwzględnieniu powiązań między elementami świata gospodarczego a biosferą. Za tę pracę otrzymał on w roku 2018 prestiżową Nagrodę Banku Szwecji. Wszystko wskazuje na to, że powinien być traktowany jako bohater w walce o klimat.
Nie wszyscy podzielają jednak ten punkt widzenia. Jednym z najgłośniejszych krytyków prac Nordhausa – i szerzej, podejścia ekonomii głównego nurtu do badania skutków zmian klimatycznych – jest australijski ekonomista heterodoksyjny Steve Keen. W tym artykule w zasadniczej mierze przedstawię jego punkt widzenia (który podzielam), natomiast w pierwszej kolejności należą się czytelnikom dwa słowa wprowadzenia do podziałów panujących w akademickiej nauce ekonomicznej.
Autor: Piotr Szumski
Ekonomiczne kości niezgody
Ekonomia nie jest nauką ścisłą. Choć występuje w niej pewien rodzaj konsensusu, analogicznego do tego panującego w naukach ścisłych, nie ma on równie wiążącego charakteru. Definicja głównego nurtu ekonomii to problematyczny wątek sam w sobie, dla czytelników niniejszego tekstu pożyteczna będzie wiedza, że główny nurt badań ekonomicznych (ekonomię ortodoksyjną) można w (dużym) uproszczeniu kojarzyć z modelami matematycznymi ilustrującymi równowagę popytu i podaży oraz odwołaniami do założenia o racjonalności aktorów ekonomicznych.
Choć granice między głównym nurtem a innymi gałęziami ekonomii w coraz większym stopniu się zacierają, to warto wiedzieć, że za ekonomię heterodoksyjną uznaje się bardzo zróżnicowane nurty badawcze, których założenia i metody różnią się od tych uznawanych w ekonomii ortodoksyjnej. Należą do nich, m.in. ekonomia ekologiczna, austriacka, marksistowska czy popularna ostatnio nowoczesna teoria monetarna. Te dyscypliny, choć odrzucane przez główny nurt, mają typowo akademicki charakter: autorzy badań w ramach tych dziedzin tworzą standardowe prace naukowe publikowane w recenzowanych czasopismach, choć zwykle mniej prestiżowych.
Steve Keen jest właśnie reprezentantem ekonomii heterodoksyjnej. Choć trudno zaliczyć go jednoznacznie do konkretnego nurtu, na jego myśl wywarły wpływ w dużej mierze ekonomia post-keynesowska (która odrzuca centralne dla głównego nurtu pojęcie równowagi rynkowej), ale również ekonomia ekologiczna (będąca podejściem odmiennym od głównonurtowej ekonomii środowiska reprezentowanej przez W. Nordhausa). Ten rodzaj formacji intelektualnej wpłynął na szczególne zainteresowanie Keena tematyką ekonomicznych badań nad zmianami klimatu, wobec których pozostaje on wysoce krytyczny.
Metodyczna naiwność
Podsumowanie swoich zastrzeżeń wobec tego obszaru nauki Keen zawarł w prezentacji wygłoszonej niedawno w Yale School of Management. Główny zarzut? Ekonomiści ortodoksyjni głęboko niedoszacowują skutków zmian klimatu dla globalnej gospodarki. Dlaczego? Powodów jest kilka. Steve Keen twierdzi, że ekonomiści badający zmiany klimatu wyciągają błędne wnioski z literatury klimatologicznej. Przykładowo nie doceniają oni roli, jaką niestabilność klimatyczna może mieć dla zaburzenia dostaw surowców oraz energii. Początkowe badania Nordhausa zawierały wręcz założenie, że zmiany klimatu dotkną jedynie obszarów gospodarki wystawionych na bezpośrednie oddziaływanie warunków pogodowych, w istocie pomijając wpływ powiązań w ramach łańcuchów dostaw.
Australijczyk wysuwa również szereg uwag wobec badań o charakterze ekonometrycznym, wskazując, że wpływowe prace wykorzystujące to podejście oparte są na założeniu, że zmiany temperatury w czasie można statystycznie utożsamić ze zmiennością średnich temperatur występujących geograficznie (!). Innymi słowy, wzrost temperatury w Polsce w 2050 r. do poziomu Hiszpanii z roku 2000 sprawiłby, że uwarunkowania klimatyczne gospodarki naszego kraju byłyby wtedy zbliżone do tych z południa Europy z przełomu wieków. Jest to fundamentalne nieporozumienie, które Keen przypisuje faktowi, że proces recenzji prac z dziedziny ekonomii zmian klimatu odbywa się wyłącznie z udziałem ekonomistów, bez krytycznych uwag ze strony klimatologów, których głos w tej interdyscyplinarnej dziedzinie jest bezcenny.
Klimat nie słucha się prognoz
Najbardziej fundamentalnym przedmiotem krytyki Keena jest jednak postulowany przez ekonomistów głównonurtowych wpływ ocieplenia klimatu na światowe PKB. W tym miejscu różnice w „nudnych” oszacowaniach matematycznych stają się kwestią dotyczącą ocalenia światowej cywilizacji. Ekonomista przywołuje statystyki z badania Howarda i Sylvana (2021), ukazujące, jakie szkody według przeszło 2 tysięcy ankietowanych ekonomistów badających to zagadnienie przyniesie wzrost globalnej temperatury. 5°C cieplej niż w erze przedprzemysłowej? Straty PKB na poziomie ok 10% w przeciągu 100 lat. Wydają się one znaczące, ale wciąż nie są one – w rozłożeniu na tak długi okres – katastrofalne. Zdaniem klimatologów taki wzrost temperatury oznacza z kolei przekroczenie wszystkich punktów krytycznych (tipping points) w systemie klimatycznym, co może zagrażać przetrwaniu gatunku ludzkiego.
Szkopuł tkwi właśnie w matematyce. W badaniach głównonurtowych przyjmuje się, że wpływ zmian wzrostu temperatury na PKB można przybliżyć za pomocą funkcji kwadratowej o dodatnim, ale niskim współczynniku przy zmiennej. Taka funkcja rośnie bardzo powoli. To przybliżenie, twierdzi Keen, jest błędne – przekraczanie kolejnych punktów krytycznych sprawia, że funkcja wpływu wzrostu temperatury na PKB rośnie o wiele szybciej i powinna się w istocie wyrażać za pomocą formuły logistycznej lub wykładniczej. Taką formułę proponuje wraz z grupą współautorów w pracy z 2022 r. opublikowanej w “Proceedings of the National Academy of Sciences”.
Sama argumentacja którą wysuwa Keen, jest prosta, ale znaczenie tej krytyki – fundamentalne. Jeżeli bowiem działania rynków finansowych i podążających za nimi realnych sektorów gospodarki będą opierać się na błędnych założeniach dotyczących skutków ekonomicznych kryzysu klimatycznego (a zapewne będą), można spodziewać się niebezpiecznych konsekwencji. Ktoś musi się bowiem mylić; i są to albo klimatolodzy, albo ekonomiści. Z przykrością przychylam się do stwierdzenia, że w błędzie jest ta druga grupa. Mimo wszystko w czasach, gdy w największym globalnym mocarstwie dochodzi do władzy klimatyczny denialista, jest przestrzeń, by zrobić krok wstecz i na poważnie zainteresować się tematem. Zainteresowanym czytelnikom i czytelniczkom rekomenduję więc gorąco kanał YouTube autora (ProfSteveKeen) jako punkt wyjścia.

