Solomama

Recenzja filmu Janicke Askevold.

Autor: Julia Karwacka

Solomama to komediodramat norweskiej reżyserki Janicke Askevold. Jego scenariusz napisała Askevold wspólnie z Jørgenem Færøyem Flasnesem i Madsem Steggerem –  sam film miał światową premierę na festiwalu w Locarno, a polską na Warszawskim Festiwalu Filmowym.

W filmie emocje i potrzeby głównych bohaterów są szczere. Powody ich działań – często wątpliwych – zrozumiałe i ludzkie, jednak jeden element nie pozwala skupić się w pełni na jego przekazie i zanurzyć się w tej historii. Mianowicie, w Solomamie „zupełnie przypadkowe wydarzenia” zbyt często rozwiązują problemy i ułatwiają prowadzenie fabuły.

U Edith, głównej bohaterki, pojawia się potrzeba odkrycia tożsamości mężczyzny, który był dawcą nasienia, dzięki któremu zaszła w ciążę. Dobrze widać, jak sama nie do końca rozumie, czemu musi to wiedzieć; jak czuje się zagubiona i niepewna przyszłości swojego dziecka. Zaczyna coraz częściej słuchać archiwalnych nagrań głosu dawcy, które dostała przed zajściem w ciążę. Myśl o tym, kim on tak naprawdę jest, nie daje jej spokoju. Jednak Edith nie musi się długo starać, aby znaleźć odpowiedź na swoje pytania. Jej przyjaciółce – mającej tego samego dawcę – udaje się odkryć tożsamość tajemniczego  mężczyzny o imieniu Niels.  Po pierwszym wyszukaniu w Internecie, Edith odnajduje jego profil na Facebooku,a tam –  wszystkie niezbędne informacje.

Edith chce się dowiedzieć więcej o tym, jaki jest Niels. By to zrobić, pod pretekstem pracy nad artykułem do gazety, organizuje z nim wywiad. Dowiaduje się wtedy, że mężczyzna ma żonę i dzieci.  Z czasem stopniowo nawiązuje się między nimi więź. Po paru miesiącach przypadkowo spotykają się w barze w centrum, gdzie Niels przyznaje się, że rozwodzi się ze swoją żoną. W następstwie dobrej zabawy lądują w mieszkaniu Edith, a wszystko staje się jednym wielkim fever dreamem. Ta część filmu dobrze pokazuje tą chaotyczną stronę ludzkiej natury bohaterów;, robienie sobie pijackich tatuaży czy przymieranie sukienki Edith przez Nielsa. Z głośników leci techno, a świat jest pełen zabawy i luzu.

Ułatwienie znalezienia tożsamości Nielsa sprawia, że cały problem Edith staje się błahy. W pewien sposób znalezienie informacji o nim było tak proste, jakby miała je od zawsze. Niestety, przypadkowe spotkanie z nim w barze i jego rozwód stanowią łatwą wymówkę dla scenarzystów, którzy chcieli pominąć parę wątków, dlatego oferują zakończenie, które brzmi jak rozwiązanie fabuły ze snu. Cały film jest przeplatany leniwymi elementami scenariusza, które odbierają zaufanie i zaangażowanie widza. Można powiedzieć, że to tylko szczegóły, których celem jest skrócenie filmu do odpowiedniej długości. Jednak burzą one cały świat filmu, jakby to była tylko kolejna scenografia jeszcze jednego skandynawskiego komediodramatu.