Sól, która piecze nie tam, gdzie powinna

Saltburn jako produkcja filmowa zdecydowanie wypalił. Właściwie dopalił, i to zgliszcza nadziei na to, że Barry Keoghan okaże się wszechstronnym aktorem.


Autor: Jakub Świdziniewski

Jeżeli stwierdziłbym, że Saltburn to thriller pełen czarnego humoru, traktujący o burzliwym gejowskim związku, to skłamałbym aż pięć razy. Dreszczy nie odnotowano, humoru jest jak na lekarstwo, burza ominęła mnie szerokim łukiem, a słowo „związek” można tu uznać za nadużycie. Nawet geje nie są do końca prawdziwi

Po trzech latach od Obiecującej. Młodej. Kobiety Emerald Fennell powróciła z przytupem, choć, co ciekawe, cofając się tym razem drastycznie, bo do Oxfordu z roku 2006. Osią, wokół której oplata się fabuła jej najnowszego filmu — Saltburn — jest zaś relacja nieśmiałego studenta z efebicznym paniczem. Evelyn Waugh uśmiecha się zza grobu, ściskając zmurszały egzemplarz Znowu w Brideshead.

Wracając pamięcią do Tamtych dni, tamtych nocy — filmu, w którym śmiały erotyzm tryskał z ekranu niczym, nomen omen, Timothée Chalamet w głąb brzoskwini, spodziewałem się, że reżyserka umieści Barry’ego Keoghana i Jacoba Elordiego w podobnych dekoracjach. Na dobrą sprawę, wszystko wskazywało na świetne warunki do wyzwalania młodzieńczej namiętności — malownicze plenery, luksusowe wnętrza, dobra oprawa muzyczna i świetne operowanie kolorem — a jednak w relację obu panów, zwłaszcza w kontekście erotycznym, się po prostu nie wierzy. Jest zupełnie tak, jakby złośliwy chochlik wyciął sceny zbliżające do siebie bohaterów. W rezultacie otrzymujemy jedną ze sztampowych, wręcz wattpadowych historyjek o zetknięciu się dwóch światów, w tym przypadku klasy robotniczej i arystokracji, którego zasadność i wiarygodność pozostawiają wiele do życzenia. Choreografie jędrnych pośladków w golden hour znajdują się na innym piętrze. Dla nas przyszykowano raczej stek medium rare, gdyż właśnie tymi słowami należy określić aktorstwo i scenariusz. Poza tym jest trochę krwi.

Nie da się zaprzeczyć, że Barry Keoghan, znany między innymi z Zabicia świętego jelenia, w którym to w zatrważający sposób pałaszował spaghetti i mierzwił włochatą pachę Colina Farrella, czy z Duchów Inisherin, w których dosłownie popłynął ze swoją irlandzkością, jest aktorem o specyficznej urodzie. Idealnie nadaje się zatem do grania postaci niejednoznacznych, zwichrowanych psychicznie lub wręcz budzących w nas odrazę. Ten potencjał został w pełni wykorzystany w Saltburn, ponieważ już od pierwszych minut czuje się podskórnie, że coś jest z tym gościem nie tak. Insynuujemy, zadajemy sobie po cichu pytania, czy powinniśmy czuć względem niego litość czy awersję. Towarzyszące nam ciekawość i napięcie są jednak boleśnie skontrowane przez reżyserkę, która w miarę upływania filmu, decyduje się, nie wiedzieć czemu, rozmontować swój ibsenowski domek dla lalek i niczym w starym dobrym Galileo pokazać, jak to jest zrobione. Sam, oglądając, miałem nieodparte déjà vu, bo przecież pokaz obrzydliwości i wyrachowania w wykonaniu Keoghana miał już miejsce w Zabiciu świętego jelenia. Można powiedzieć, że reżyserka dodała zaledwie syf i mogiłę. Kiły w tym zestawie nie ma, choć jest o nią niebezpiecznie blisko. Nie przekażą jej jednak nikomu ani nadąsany Oliver, ani „zacefronowski” Felix, ani wyciągnięta żywcem ze spin-offu Wrednych dziewczyn Venetia, która na różowo nosi się nie tylko w środy.

Przekazać za to można gratulacje reżyserce za ujęcie dwóch godzin w kawał strawnego filmu, który choć może nie bawi do łez przebrzmiałymi szyderami z wyższych sfer, to zaskakuje na plus swoją przewrotnością. Więcej komplementów nie pamiętam