Ready, willing and able

W tym roku dajmy szansę Doris i Frankowi. Film, po którym robi się lżej na sercu i cieplej w brzuchu.

Tekst: Artur Dziubiński

W tym roku Frank zamiast Kevina i Doris. Prosta decyzja, która pomoże ci dopchać barszczyk lub grzybową jeszcze jednym smakołykiem, po którym robi się lżej na sercu i cieplej w brzuchu. Tym smakołykiem jest film „Młode serca” („Young at Heart”). Muzyczny dramato-romans z 1954 r., w reżyserii Gordona Douglasa i scenariusza Lenore J. Coffee oraz Juliusa J. Epsteina, w polskich domostwach najpewniej regularnie oglądany co okrągłe nigdy i nieznany absolutnie nikomu… A szkoda.

W życiu spokojnej, acz zdekompletowanej rodziny muzyków, na którą poza ojcem-wdowcem (Robert Keith) i starszą ciotką (Ethel Barrymore) składają się trzy panny na wydaniu: Fran, Amy i Laurie Tuttle (odpowiednio Dorothy Malone, Elisabeth Fraser oraz Doris Day), pojawia się przystojny, wygadany kawaler (z zawodu) i kompozytor (z wykształcenia), zagrany przez Giga Younga, Alex Burke. Pan Burke z marszu zaczyna zajmować centralne miejsce w wystroju domu, implementując w nim nawet swojego przyjaciela, cynicznego aranżera, Barneya Sloana (Frank Sinatra). Przez półtorej godziny panie i panowie sieją uczuciowe spustoszenie, igrając z prawdziwą miłością i zauroczeniem, co prowadzi do kilku związkowych przetasowań i radykalnych, życiowych decyzji. Całość spina rozpoczęcie i zakończenie przez Barneya pracy nad fascynującym Laurie utworem – „You, My Love”.

Wyrób studia Arwin Productions wprawdzie nie jest typowym filmem świątecznym, jednak zdecydowanie może nim być. Nosi w końcu kilka jego cech; po pierwsze, gra w nim pan Sinatra, odpowiedzialny przecież za połowę tego, co słyszymy między połową października a styczniem w każdej galerii handlowej. A tutaj Frank gra aktorsko, na pianinie i swoje piosenki (Franktrick). Po drugie, w filmie pada śnieg i moment kulminacyjny dzieje się w święta. Po trzecie, aktorzy grają ludzi młodszych od siebie o dobre kilkanaście lat. A po czwarte, całość jest o miłości, bo z jakiegoś powodu świąteczne filmy są o miłości.

Kluczową zaletą tego obrazu jest rola zjawiskowej, trzydziestodwuletniej dwudziestolatki, Doris Day, znanej szerszej publice z nieśmiertelnych hitów „Que Sera, Sera” i „Dream a Little Dream of Me”. Pani Day dodaje filmowi niewyobrażalne ilości pozytywnej energii oraz tego perłowego uśmiechu kojarzącego się z amerykańskimi bilbordami z lat 50. i z rysunkami atomowych tosterów czy odrzutowych pralek. Zresztą grała w ten sposób we wszystkim – niezależnie, czy był to film z Sinatrą, czy piąta z rzędu musicalowa reklama Chevroleta.

Towarzyszący jej aktorzy (bardzo) starej szkoły sprawiają, że nie da się traktować całej historii inaczej, niż jako kolorowej baśni o konsystencji babcinego koca. Grająca ciocię Jessie Ethel Barrymore debiutowała w filmie mającym premierę jakieś trzy miesiące po zamachu na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, a urodziła się w roku śmierci Ignacego Rzeckiego, zrozumiałe więc, że roztacza aurę XIX-wiecznej rezerwy i praktyczności. Jej brat, grany przez Roberta Keitha, Gregory Tuttle wypada niezwykle przekonująco jako lekko zagubiony, pokojowy intelektualista. I to nawet w trakcie oglądania z siostrą w telewizji meczu bokserskiego, podczas którego oboje robią zakłady na pieniądze.

Film polecam do ciasta, herbaty i postpostowego trawienia, ponieważ jest zupełnie oderwany od ponurego klucza kolorystycznego polskiej jesieni udającej zimę, a także dlatego, że warto czasem obejrzeć coś lekko absurdalnego. Motywacje bohaterów są czasem niezrozumiałe i bardzo niedzisiejsze, ale to w końcu naprawdę stary film. Co prawda, również fabuła chwilami ciągnie się jak sanie na Giewont za okulałym Rudolfem po gołoledzi, a klimat lat 50. zamknięty w studiu filmowym – chociaż magiczny – nie jest wyjątkowo bliski polskiemu, przepełnionemu bigosem sercu, ale warto pamiętać, że nieśmiertelny Kevin na Polsacie jest równie odległy geograficznie i kulturowo. W tym roku dajmy szansę Doris i Frankowi. Myślę, że jako konsumenci komercyjnej gwiazdki i tak jesteśmy – cytując za panną Laurie Tuttle – ready, willing and able.