Gorączka wielkiego miasta

Recenzja filmu Ulica Szaleństw reż. Lloyd Bacon, (1933)

Gorączka wielkiego miasta

Recenzja filmu Ulica Szaleństw reż. Lloyd Bacon, (1933)

AUTOR: PRZEMYSŁAW tWOREK

42nd Street – czyli Czterdziesta Druga Ulica nowojorskiego Manhattanu – była dla starego Gotham tym, czym Nowy Świat dla niegdysiejszej Warszawy: tyglem blichtru i przeciętności, bezwstydnym romansem półświatka z salonami elit. Owa nowojorska Ulica Szaleństw urasta do miana metafory sztuki w olśniewającym, choć zapomnianym u nas musicalu w reżyserii Lloyda Bacona. Film, okraszony chwytliwymi szlagierami Harry’ego Warrena i Ala Dubina, pozwala rzucić się w piekielny wir tańca, pieniądza i bezwzględnego show-businessu.

Wielki kryzys pustoszy Amerykę. Niegdysiejsi bogacze zdani są na łaskę i niełaskę tych, którym giełdowy krach oszczędził bankructwa. Despotyczny reżyser z Broadwayu, Julian Marsh (Warner Baxter), zmaga się z poważną chorobą – po utracie majątku podejmuje ostatnie ryzyko i decyduje się na reżyserię barwnej rewii Pretty Lady. Jeśli przedstawienie wypali, potencjalne zyski umożliwią mu przejście na emeryturę i podratowanie zszarganych nerwów. Talent reżysera docenia duet producentów teatralnych — Jones i Barry, zaś całe przedsięwzięcie finansuje podstarzały magnat przemysłu zabawkarskiego, Abner Dillon (Guy Kibbee). Dillon „zabezpiecza” jednak majątek romansem z główną gwiazdą przedstawienia, Dorothy Brock (Bebe Daniels), uzależniając finansowe wsparcie od wierności swej bogdanki. W miasto uderza wieść o przygotowaniach do realizacji Pretty Lady, a kulisy teatru szybko zapełniają się młodymi tancerkami marzącymi o sławie i kilku centach na życie w trudnych czasach.

Tak oto rozpoczyna się pełna potu, łez, krzyków, porażek i radości widowiskowa walka o przetrwanie w świecie pieniądza, biznesu i koneksji. Sceniczną rutynę ożywia urocza nowicjuszka, Peggy Sawyer (Ruby Keeler), której ogromny talent dostrzega zakochany w niej młody tancerz Billy Lawler (Dick Powell). Wszystko toczy się jak należy — żelazną dyscypliną i wylewaniem siódmych potów — dopóki na horyzoncie nie zjawia się dawny partner Dorothy Brock, który stawia wsparcie zazdrosnego Dillona pod znakiem zapytania…

Choć Ulica Szaleństw nie należy raczej do grona filmów rewolucjonizujących kino (dla złośliwych mogłaby być po prostu śpiewaną ramotką), to w historii Hollywood zapisała się jako dzieło, które nadało musicalom swego rodzaju nową świeżość. Rewia, muzyka, choreografia i taniec stały się integralną częścią filmowej fabuły, swoistym „teatrem w teatrze”. To nie pierwszy tego rodzaju eksperyment w Hollywood, ale być może pierwszy w pełni udany.

Numery Harry’ego Warrena i Ala Dubina uzależniają — i to dosłownie – zaś choreografie Busby’ego Berkeleya to widowiskowa uczta dla oczu, mocno zakorzeniona w przedhaysowskiej estetyce. W jednej ze scen kamera przejeżdża pod „mostem” z dziesiątek kobiecych nóg: w tle utwór na cześć młodości i romansu – Young and Healthy. A jednak! Cały film blednie przy końcowym numerze – finałowy szlagier 42nd Street to monumentalny kalejdoskop wielkomiejskiego życia, w którym tańczy i podskakuje wszystko — od policjantów i fryzjerów po prostytutki, budynki i wieżowce.
Czy Ulica Szaleństw to film wybitny? Takie określenie byłoby trochę na wyrost. Trudno jednak znaleźć klasyczny musical, który sprawiłby tyle przyjemności, rozrywki, a nade wszystko satysfakcji z poświęcenia półtorej godziny czasu, którego zawsze mamy tak mało!Come and see those dancing feet – on the avenue I’m taking you to – 42nd Street!