Filmowe Podsumowanie Roku

W tym roku nasi redaktorzy przemierzali tłoczne uliczki Berlina oraz znaleźli się na słonecznych plażach Cannes szukając najlepszych filmów. Przygotowaliśmy dla Was listę dziesięciu najciekawszych tytułów – od wizjonerskich dzieł światowej klasy mistrzów kina, po niezależne perełki, które najbardziej zapadły nam w pamięć.

Filmowe Podsumowanie Roku

W tym roku nasi redaktorzy przemierzali tłoczne uliczki Berlina oraz znaleźli się na słonecznych plażach Cannes szukając najlepszych filmów. Przygotowaliśmy dla Was listę dziesięciu najciekawszych tytułów – od wizjonerskich dzieł światowej klasy mistrzów kina, po niezależne perełki, które najbardziej zapadły nam w pamięć.

W tym roku nasi redaktorzy przemierzali tłoczne uliczki Berlina oraz znaleźli się na słonecznych plażach Cannes szukając najlepszych filmów. Przygotowaliśmy dla Was listę dziesięciu najciekawszych tytułów – od wizjonerskich dzieł światowej klasy mistrzów kina, po niezależne perełki, które najbardziej zapadły nam w pamięć.

PAMIĘĆ (reż. Michel Franco)

Autor: Jakub Kosiniak-Imiołek

Pamięć Michela Franco to opowieść o schematach radzenia sobie ze wspomnieniami. Sylvia (Jessica Chastain) pracuje w domu opieki i prowadzi pozornie uporządkowane życie skoncentrowane na wychowywaniu nastoletniej córki, Anny (Brooke Timber). Jej przeszłość okazuje się jednak traumatyczną historią pełną cierpienia, nałogu alkoholowego i porzucenia. Pewnej nocy, w dość nietypowych okolicznościach, poznaje Saula (Peter Sarsgaard) – wdowca zmagającego się z demencją. Początkowo mężczyzna wydaje się elementem bolesnego rozdziału z przeszłości Sylvii. Z czasem jednak między bohaterami rodzi się specyficzna więź – najpierw stricte zawodowa, a następnie uczuciowa.

Film Franco to historia zderzenia dwóch światów o diametralnie odmiennym podejściu do przeszłości. Dla Sylvii pamięć o minionych wydarzeniach jest źródłem bólu, podczas gdy dla Saula cierpienie wynika z braku wspomnień. Bohaterowie, naznaczeni przez los, próbują wspólnie odnaleźć się w trudnej rzeczywistości, mierząc się zarówno z własnymi problemami, jak i z rodzinnymi zawiłościami. Wzajemne towarzystwo staje się dla nich bezpieczną przystanią, pozwalającą na znalezienie zrozumienia, pomimo różnic w podejściu do przeszłości.

Co najbardziej urzekające w tej kameralnej opowieści, to relacja scenariusza do przekazu filmu. Podczas seansu odniosłem wrażenie, że Franco celowo skonstruował scenariusz w taki sposób, aby widz również zmierzył się z wybiórczością pamięci. Liczne niedopowiedzenia i swoiste filmowe „powidoki” zachęcają do refleksji zarówno nad przedstawioną historią, jak i rolą pamięci w naszym życiu.

Pamięć zachwyca także swoją głębią. Oprócz tematyki poznawczo-emocjonalnej film porusza wiele wątków pobocznych: relację pokoleniową samotnej matki z córką, nałóg jako formę ucieczki czy temat przemocy seksualnej. Wielowątkowość połączona z relatywnie krótkim czasem trwania filmu sprawia, że niedopowiedzenia tylko potęgują refleksję.

Na szczególne uznanie zasługują również kreacje aktorskie. Duet Jessiki Chastain i Petera Sarsgaarda doskonale się uzupełnia, w znakomity sposób oddając emocjonalność filmu. Pamięć to dzieło niebanalne, które z pełnym przekonaniem polecam każdemu miłośnikowi kina.

I SAW THE TV GLOW (reż. Jane Schoenbrun)

Autor: Zuzanna Flis

I Saw the TV Glow to druga część trylogii ekranowej Jane Schoenbrun, opowiadającej o toksycznej i niszczącej relacji młodych osób z odkrywaną na ekranie fikcją. Film opowiada o dwójce nastolatków, połączonych miłością do kiczowatego serialu The Pink Opaque. Zarówno wycofany i bezkonfliktowy Owen, jak i buntownicza, pewna siebie Maddy znajdują w świecie serialu ucieczkę od nieszczęśliwej rzeczywistości. Z czasem rzeczywistość miesza się z fikcją, budząc wątpliwości na temat tożsamości i szczęścia bohaterów oraz zmuszając ich do podjęcia trudnych życiowych decyzji.

Głównym narzędziem narracyjnym w filmie jest scenografia, w szczególności światło. Kolorystyka filmu jest stonowana, zdominowana przez przytłumione odcienie szarości i błękitu. Kontrastują z nią fluorescencyjne, migoczące światła telewizora, które często są jedynym źródłem oświetlenia pomieszczenia. 

Warstwę wizualną wzbogaca świetny soundtrack z utworami m.in. Phoebe Bridgers, Sloppy Jane, Caroline Polachek, Yeule, King Woman oraz instrumentalny album Alexa G. Filmowi nie brakuje też bezpośrednio horrorowych scen – fragmenty The Pink Opaque idealnie naśladują oglądane w dzieciństwie filmy lub seriale, nieproporcjonalnie straszne w stosunku do wieku grupy docelowej. 

Pomimo tego, że film może wydawać się protekcjonalną i przestrzegającą przed uzależnieniem od mediów historią, jest on bardzo wrażliwą i osobistą opowieścią o tym, jak ważne jest życie w zgodzie ze sobą. Reżyserka określa swoje dzieło jako opowieść o transseksualności, a dokładnie o osobie transpłciowej, która nigdy nie zdecydowała się na coming out.  To melancholijna historia o utraconej młodości i tęsknocie za życiem, jakie moglibyśmy mieć, gdyby nie strach czy bezczynność. Jest to film skłaniający do autorefleksji i stawiania sobie niekomfortowych pytań, często pozbawionych satysfakcjonujących odpowiedzi. 

TRANSFORMERS ONE (reż. Josh Cooley)

Autor: Maciej Bystroń-Kwiatkowski

Trzeba było czekać 14 lat długich lat od czasu premiery Transformers Michaela Baya, ale wreszcie otrzymaliśmy świetny film o robotycznych maszynach. Transformers One choć jest filmem animowanym, to forma ta zdaje się lepiej pasować do świata Transformersów niż produkcje z ludzkimi aktorami.

Transformers One bardzo dobrze balansuje między filmem dla dzieci a historią o korupcji władzy, prezentując swoich bohaterów z bogatym zapleczem psychologicznych motywacji. Historii tej pomaga umiejscowienie akcji na oryginalnej planecie robotów, Cybertronie, biorącego sobie cząstkę cyber do serca, prezentując nam wizualny świat rodem ze znanych cyberpunkowych produkcji. Trafną była decyzja, by przedstawić wydarzenia poprzedzające wielki konflikt między przeciwnymi frakcjami tego uniwersum. Dzięki niej możemy oglądać jak dwóch przyjaciół – znanych dotąd jako śmiertelni wrogowie – Optimus Prime i Megatron, odkrywają korupcję szerzącą się wśród elit, prowadzącą do wyzysku biedniejszych warstw społecznych i przyjmują odmienne postawy,  by ją zwalczać. Jeden chce przewodzić opierając się na nadziei, drugi – z pomocą siły i strachu. Motywy takie jak korupcja, społeczne nierówności czy właśnie odpowiedzialność wynikająca z władzy są zazwyczaj ledwie zarysowane w filmach dla dzieci, lecz w Transformers One, dzięki temu, że bohaterami są roboty, twórcy nie musieli się ograniczać – mamy więc nawet kilka brutalnych ekranowych śmierci. 

Oczywiście, każdy film Transformers powinien mieć świetne, wizualne sceny akcji – tutaj również Transformers One nie rozczarowuje. Zarówno wyścigi samochodów, jak i walki robotów zadowoloną każdego widza spragnionego dobrej rozwałki.

Pochwalić należy również aktorów wcielających się w bohaterów. Chris Hemsworth miał niełatwe zadanie wchodząc w buty legendarnego Petera Cullena, ale można śmiało powiedzieć, że udało mu się sprostać wyzwaniu. W jego głosie czuć zmianę, którą Optimus przechodzi w trakcie filmu, gdy dojrzewa do roli przywódcy. Również Brian Tyree Henry zasługuję na pochwałę, analogicznie idealnie oddając progresję Megatrona na jego drodze do tyranii.

Rok 2024 był dobrym rokiem dla fanów animacji, do czego Transformers One bez wątpienia się przyczynił. Tę produkcję zdecydowanie warto obejrzeć mając ochotę na solidny przygodowy film akcji w pięknej oprawie graficznej.

O, KANADO! (reż. Paul Schrader)

Autor: Igor Osiński

W 1966 roku paryski Instytut Literacki wydał Pięknych dwudziestoletnich – najlepszą książkę Marka Hłaski. Autobiografia z elementami powieściowymi, powieść z elementami autobiograficznymi, definicja nie jest istotna. Podobnie nieistotna jest prawda; sam Hłasko przyznaje, że w prozie liczy się nie fakt, a tylko prawdziwe zmyślenie. Piękni… w tym względzie przypominają najnowszy film Paula Schradera, O, Kanado!.

Uznany reżyser udziela wywiadu dla swoich uczniów – pokolenia filmowców, których wychował. Dręczony demencją umysł umierającego dokumentalisty przeinacza fakty, nadwyręża rzeczywistość pod wyobrażenie samego siebie. Wspomnienia ludzi i miejsc, często tych pozornie nieistotnych wobec ogółu: kochanka jednej nocy, jadłodajnia w rodzinnym mieście, rozmowa przy cygarze z niedoszłym teściem. Niuanse pracy twórczej to trzecioplanowy szczegół.

Swojego reżysera Schrader zamknął w dwóch ciałach – ikony amerykańskiego kina, Richarda Gere, i obiektu internetowych westchnień, Jacoba Elordi. Panowie często zastępują się w „nie swoich” momentach – stary gra młodego, natomiast młody nigdy nie gra starego; trudno tu i teraz być sobą z przeszłości.

Schrader to dalej niepoprawny romantyk, szukający w – nawet najprzykrzejszej – więzi łączącej kobietę i mężczyznę uniesień wartych przeżywania życia. Jego bohater to tchórzliwe bydlę – relacje z kobietami naznaczone są obietnicą fatalnego końca. Jednocześnie za odwagę w krytyce rzeczywistości odchodzi z tego świata jako jeden z ważniejszych reżyserów swojego gatunku. Paradoks?

O, Kanado! staje w opozycji do ostatnio zakończonej, nieoficjalnej „trylogii przebaczenia”. Męski bohater dalej rozprawia się z trudną przeszłością, z tą różnicą, że już nie oczekuje rozgrzeszenia i „pójścia dalej” – nie ma czasu na „dalej”. Potrzeba chwili, by wyznać o sobie prawdę ostateczną staje się rachunkiem sumienia, czy było warto; czy znajdzie w sercu miejsce na ostatni zachwyt nad swoimi relacjami, nienajgorzej przeżytym życiem i jego alternatywnymi ścieżkami.

I nawet jeżeli nie jest prawdą, że miał romans z tą czy tamtą, w ostatnim rachunku nie ma to znaczenia – jest to zmyślenie jak najbardziej prawdziwe.

ANORA (reż. Sean Baker)

Autor: Alicja Adamek

Sylwetki tancerek podczas zmysłowych występów w kiczowatej scenie otwierającej film zapowiadały raczej, że będzie on lekką rozrywką. Jednak chociaż prezentował się jako dynamiczna komedia, można dopatrywać się w niej symbolik oraz metafor społeczno-kulturowych. Anora jest najnowszym dziełem Seana Bakera, które chociaż z początku przypominać może obecną w filmie historię bajkowego Kopciuszka, jest jej kompletnym zaprzeczeniem – pomimo typowej dla Bakera humorystycznej otoczki.

Film opowiada historię Ani, amerykańskiej tancerki erotycznej o rosyjskich korzeniach. Pewnego dnia spotyka w pracy Ivana, młodego i niewyobrażalnie bogatego syna rosyjskiego oligarchy, z którym początkowo wchodzi w znajomość ze względu na pieniądze. Sztampowa oś fabuły załamuje się jednak szybko, tworząc z banalnej, księżniczkowej historii miłosnej pełną zwrotów akcji – choć ostatecznie gorzką – komedię. Dynamiczna fabuła przeplatana jest absurdalnymi scenami w specyficznej konwencji humoru, co dopełnia znakomita gra aktorska zarówno popularnej już Mikey Madison, jak i debiutującego tym filmem Marka Eydelshteyna. Interakcje między bohaterami opierają się na zarysowanym profilu psychologicznym, w tym na kreacji narodowościowej. Obraz stereotypowego wyobrażenia o Rosjanach balansuje pomiędzy szyderstwem a groteską. Przedstawienie Anory związanej z kulturą Zachodu, która używa „unowocześnionej” formy swojego imienia – Ani – głęboko kontrastuje z postaciami dumnego rosyjskiego rodu Zacharowów. Film można także interpretować w kontekście oderwania się Rosji od Zachodu oraz porażki w aspiracji do amerykańskich wzorców zachowań. Jest to szczególnie widoczne pod koniec filmu, gdy z ust młodego Rosjanina padają słowa Goodbye, Amerika.

Anorę ogląda się bardzo dobrze jako pewnego rodzaju satyrę na konflikt Zachodu ze Wschodem. Z pewnością przypadnie do gustu widzom, którzy cenią sobie pogłębione refleksje na temat stosunków polityczno-społecznych. Warto jednak pamiętać o specyficznej konwencji reżysera, której absurdalne elementy mogą być zniechęcające dla widzów preferujących bardziej tradycyjne podejście do kina.

MY SUNSHINE (reż. Hiroshi Okuyama)

Autor: JAKUB KOŁODZIEJ

Wydawać się może, że premiera My Sunshine podczas tegorocznego festiwalu w Cannes, subtelna niczym historia opowiadana w tym filmie, ominęła niepostrzeżenie tłumy widzów chętnie pędzących na Substancję czy Anorę – a szkoda! Drugi pełny metraż zaledwie dwudziestoośmioletniego reżysera zabiera nas na pokrytą zimowym puchem japońską wyspę, której nieodparty urok stanowi idealne miejsce akcji dla fabuły o uniwersalnym wydźwięku, zasadniczo mogącej wydarzyć się gdziekolwiek na świecie.

Takuya jest nastolatkiem, który stopniowo odkrywa swoją pasję do łyżwiarstwa, a naturalny wdzięk z jakim się porusza zostaje zauważony przez szkolnego trenera. Czy zaczyna on walczyć z przeciwnościami losu, konkurencją i swoimi demonami, by zostać najlepszym sportowcem na świecie? Od razu odpowiem – nie. Pewnego dnia poznaje jednak niezwykle utalentowaną dziewczynę, która stanie się dla niego… No właśnie, kim? Dziecięcy świat jest pełen emocji, niedomówień, ale i zwykłych gestów, często niejednoznacznych w interpretacji, co w My Sunshine obecne jest na każdym kroku. Sposób realizacji tej małej-wielkiej historii o dorastaniu nie dawał mi o sobie zapomnieć na długo po seansie – nie tylko ze względu na piękne ujęcia i naturalną pracę kamery, ale przede wszystkim dzięki umiejętnemu zbalansowaniu scen potrafiących rozbawić, z tymi gromadzącymi łzy w oczach. Prostota produkcji i spokojnie rozwijająca się fabuła nieźle ze sobą współgrają, tworzą ciągłość na każdej płaszczyźnie filmu, także dźwiękowej – zwyczajnie nie ma w nim elementu niepasującego do reszty.

Przemiana, jaką przechodzą bohaterowie, stanowi źródło wielu lekcji zarówno w kontekście rywalizacji sportowej, jak i procesu poznawania samego siebie wraz z otaczającym światem. W produkcji napisanej, wyreżyserowanej i nakręconej przez Hiroshiego Okuyamę dostrzec można zewnętrzne czynniki mające znaczący, lecz często niewidzialny wpływ na nasz ludzki los. To właśnie akceptacja przewrotności życia jest jedną z najważniejszych lekcji jakie my – widzowie – możemy wyciągnąć po obejrzeniu tej niespełna dwugodzinnej perełki.

BRUTALISTA (reż. Brady Corbet)

Autor: Igor Osiński

Wśród szumu fal Atlantyku, hałasu zmęczonych podróżą ludzi upchniętych w ciasnocie, ze zniszczonej wojną Europy do zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych dopływa żydowski uchodźca – jeden z wielu jakich tam wiele. Pierwszym przejawem udanej podróży do „land of opportunities” staje się niewyraźnie widziana Statua Wolności, w oku kamery przewrócona do góry nogami. Tak zaczyna się Brutalista, najważniejszy film mijającego roku.

U wybrzeża Nowego Jorku staje uchodźca jeden jakich tam wiele. W przeszłości uznany architekt, absolwent legendarnego Bauhausu, teraz zdeklasowany do roli kolejnego imigranta-robola stojącego w kolejkach po posiłki dla potrzebujących. Los okazuje się łaskawy, gdy prawdziwie amerykański potentat wynajduje wśród proletariackiej masy ten ukryty talent brutalizmu i składa ofertę nie do odrzucenia.

Nieprzypadkowo zacząłem od uwertury na statku, bo też chronologia jest u Brady’ego Corbeta rzeczą szczególnie istotną. Ścisły podział trzyipółgodzinnej opowieści na wspomnianą uwerturę, dwie części przedzielone kwadransową przerwą i epilog to śmiała próba uporządkowania historii zbyt poruszającej na poddanie ciągłemu strumieniowi narracji. Reżyser jest zafascynowany jednostką rzuconą w swój moment w historii – obserwacja spoza danego zeitgeistu przeradza się w transcendentalne doświadczenie. Tak, historia to wspaniałe przeżycie, które buduje miłość do filmu jako dziedziny sztuki.

Czy pragnienie wielkości pozostawia miejsce na godność? Jak poradzić sobie z przytłaczającym światem? Jak samemu przytłoczyć świat?

Trudno jest opisać wrażenie, jakie Brutalista zostawia na uważnym odbiorcy, tym bardziej w wydzielonych mi dwóch tysiącach znaków. Nie mogę też zdradzić, o czym tak naprawdę jest to opowieść. Z tego też względu nabieram wody w usta, ale gwarantuję jedno: nic po Brutaliście nie będzie takie samo.

Klauzula sumienia zezwala mi natomiast na oddanie tego, co słuszne sztuce filmowej. Dbałość o detale scenariuszowe idzie w parze z sumiennym wykończeniem audiowizualnym. Ponownie – jeżeli obietnica metafizycznego przełomu Was nie przekonuje, to idźcie do kina, aby doświadczyć na własne oczy i uszy, jak dobry jakościowo jest to film. A ja pójdę z Wami – na kolejny triumf kina.

TWOJE IMIĘ (reż. Makoto Shinkai)

Autor: ALEKSANDRA JÓZWIK

Kimi no Na wa (Your name) do dziś pozostaje największą produkcją w dorobku japońskiego reżysera Makoto Shinkaia. Mimo premiery w 2016 roku, film zadebiutował na polskich ekranach dopiero tej jesieni za sprawą Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Młode Horyzonty. Tytuł znalazł się w towarzystwie m.in. dzieł studia Ghibli w sekcji poświęconej nowościom i klasykom z gatunku anime. 

Podczas gdy animacje Ghibli przenoszą w świat dziecięcej wrażliwości i wyobraźni, Shinkai zaprasza widza z powrotem do szkolnej ławki, opowiadając historię dwójki japońskich uczniów. Choć film z pozoru zdaje się być typową młodzieżówką w wielokrotnie powielanej konwencji body swap, kryje w sobie także warstwę symbolizmu, realizmu magicznego i mistyki. Historia bazuje na popularnej w japońskim folklorze legendzie o czerwonej nici przeznaczenia. Owa nić splata ze sobą losy Mitsuhy i Takiego, którzy zaczynają wzajemnie doświadczać swoich zupełnie różnych żyć. Zamiany następują spontanicznie, bohaterowie odczuwają je jak świadomy sen, który po obudzeniu pozostaje tylko niewyraźnym wspomnieniem. 

Shinkai prezentuje dwa oblicza Japonii, zestawiając tokijską metropolię z prowincją i jej ludowymi wierzeniami. Pochodząca z kapłańskiej rodziny Mitsuha marzy o ucieczce do wielkiego miasta, czego jest w stanie doświadczyć w „snach” o zabieganym życiu Takiego. Film wsłuchuje się w nastoletni szept serca o byciu kimś innym i oddaje intensywność odczuwanych w tym wieku emocji. Wrażenie to podbija ścieżka dźwiękowa autorstwa znanego ze współpracy z Shinkaiem zespołu RADWIMPS. Istotnym atutem filmu jest również animacja, która daje wrażenie comfort movie, łącząc ujęcia pejzaży z detalami codziennych czynności. Jednocześnie poczucia odrealnienia nadaje rozświetlane gwiazdami i barwami niebo, którego widok rozczula i zostaje w pamięci jak piękny zachód słońca. 

Your name to urzekająca historia o realizacji marzeń sennych, która jest w stanie poruszyć także dorosłego widza, a przynajmniej jego wewnętrznego nastolatka.

RODZAJE ŻYCZLIWOŚCI (reż. Yórgos Lánthimos)

Autor: ALEKSANDRA KOZARSKA

Po spektakularnym zeszłorocznym sukcesie Biednych Istot reżyser Yórgos Lánthimos z impetem wchodzi na ekrany kinowe wraz z nowym dzieckiem, owiniętym w estetyczny becik. Hitem zespołu Eurythmics przyciąga nas przed ekrany i z zapartym tchem oglądamy jego nowe dzieło. Aktorska śmietanka: Emma Stone, Willem Dafoe czy Jesse Plemons  nie pozostawia złudzeń, będzie to artystyczna uczta. 

Syntezatorowa melodia, Stone tańcząca w rudym garniturze na tle wypasionego auta, a za nią kobieta na wózku inwalidzkim. Brzmi to jak genialna mieszanka chaosu, surrealizmu, przeciągania granic i zastanawiania się nad własnymi ograniczeniami. Co jesteśmy w stanie znieść w imię życzliwości. Wydaje się jednak, że Rodzaje życzliwości zyskują mieszane opinie krytyków i widzów, a to Biedne istoty, jak starsza wredna siostra, zbiera cały spotlight

Film zbudowany jest na zasadzie tryptyku, na pierwszy rzut oka wcale ze sobą spójnie niepołączonego. Wspólnym ogniwem jest jednak stale powracająca w nowych rolach obsada i świat multiwersów, łudząco podobnych do naszego, ale przedstawionego w krzywym zwierciadle. Reżyser rzuca nam puzzle, które zbieramy i układamy skrupulatnie w pełny obrazek. Film bazuje na mocnych scenach, mających nas zaskakiwać swoją przewrotnością. Powracająca atonalna melodia, skomponowana przez Jerskina Fendrixa, podąża za nami przez całe trzy godziny seansu. Kompozytor wie jak budować napięcie, dlatego pod kątem muzycznym film jest genialny. 

Z ekranu kinowego wybrzmiewają takie hity jak Sweet dreams czy How Deep is Your Love. Soundtrack pozostaje jednocześnie w charakterystycznej dla filmu oryginalności. Wizualnie  to także czysta przyjemność. Idealnie dobrana kolorystyka, zabawa kamerą i perspektywą ograniczonego pola widzenia widza. Rodzaje życzliwości szybko pokazują czym są i chcą być – wytwornym szaleństwem, interpretacyjnym chaosem. Film zdaje się odwracać do widza i pytać: Czy masz już dość? Ale my nie mamy. Głównych bohaterów nie da się polubić. Przepełnieni skumulowanymi emocjami, w końcu wybuchają. Zawsze są przez coś kontrolowani, zdeterminowani. Chcemy zobaczyć tego więcej! Przekraczamy własne granice i idziemy wraz z nimi na całość. Poczucie niepewności pobudzało mnie do szukania śladów, po których odkryłabym odpowiedź na pytanie co autor miał na myśli. Ale może nie o to tu chodzi. Lánthimos wciąga nas w wir wydarzeń mar sennych, małych koszmarków i wielkich tragedii. Może więc wszyscy jesteśmy troszkę uwikłani w Różne rodzaje życzliwości

SUBSTANCJA (reż. Coralie Fargeat)

Autor: JULIA KARWACKA

Kobiety w show-biznesie zawsze były postrzegane przez pryzmat swojej cielesności. Muszą sprostać nieosiągalnym wymaganiom, aby móc kontynuować swoją karierę.  Nie mają wpływu na swoją przyszłość, a wraz z wiekiem możliwości są im odbierane. Jednak, aby odzyskać jakiekolwiek poczucie kontroli, kurczowo trzymają się nadziei, że nic nie jest jeszcze stracone. Substancja pokazuje, jak daleko mogą się posunąć, aby móc znów poczuć się młode i wartościowe.

Będąc w centrum uwagi są inspiracją dla kobiet spoza ostrego światła reflektorów. Choć mogą rzucać pozytywnymi sloganami, to zbliżenia na ich perfekcyjne figury – za które skłonne są poświęcić całe swoje życie – na ekranach telewizorów pozostawiają zupełnie inny wydźwięk. 

Scenografię filmu tworzy zimny, oddzielony od rzeczywistości świat abstrakcji rządzący się własnymiprawami. Body horror staje się poręcznym narzędziem do kreowania przekazu. Wszystkie najgłębsze lęki, oczekiwania związane ze starzeniem się, mogą zawładnąć codziennością i stworzyć emocjonalne tornado. W przeciwieństwie do rzeczywistego świata, nie ma nic co może sprawić, że zostaną ukryte czy zamaskowane.

Nagość jest przemyślana i celowa. Stanowi dialog z samą sobą, moment bezbronności, w którym głównej bohaterce – stojącej naprzeciw własnego odbicia w lustrze – coraz trudniej pogodzić się z utraconą młodością. Częste zbliżenia na półnagie, tańczące kobiece ciała, poprzez stopniowe znieczulenie widza, z czasem sprawiają, że zaczynają przypominać bardziej mięso niż człowieka. Seksualizacja kobiet przez media i społeczeństwo je odczłowiecza.

Ostatnia przemiana głównej bohaterki zwieńcza absurdalną pogoń za młodością i lepszą wersją siebie. Okazuje się, że to, co nowe, nie zawsze spełnia nasze oczekiwania. Ponadto, pozostawia pytanie, czy całkowite opuszczenie klatki zbudowanej z oczekiwań i ideałów może przynieść ulgę?

Silne obrazy, szerokokątne zbliżenia i jaskrawe kolory zapadają w pamięć. Sprawiają, że cały film dałoby się odtworzyć na podstawie kalejdoskopowych migawek. Tym bardziej jego przekaz wybrzmiewa jeszcze głośniej.