Tekst: Artur Dziubiński
Ferrari to czerwień, ryk silnika i emocje. Za to Ferrari to film biograficzny w reżyserii Michaela Manna, w którym kolorów jest bezsprzecznie więcej niż jeden, hałasują nie tylko zaklęte czarną magią cylindry, a emocje są lekko dezorientujące. To również film bardzo nierówny.
Ani dobrze, ani niedobrze. Całkiem dobrze, nawet dość dobrze.
Enzo Ferrariego (Adam Driver) oraz jego skomplikowaną (eufemizm) sytuację rodzinną poznajemy w 1957 roku, w rok po śmierci syna Enzo, Dino. Zresztą w tym momencie życia śmierć towarzyszy twórcy legendarnej marki nieomal na każdym kroku: wspominane są wypadki kierowców i przyjaciół sprzed lat, zdarzają się nowe tragedie, a w tle wciąż wisi niedawna wojna i jej gospodarcze konsekwencje oraz problemy matrymonialne bohatera, które mogą uśmiercić nawet całą firmę. Ferrari po raz kolejny podejmuje wysiłek, by uratować schedę, markę i wyścigowe dziedzictwo napędzające go w równym stopniu, co silniki auta z jego fabryki.
Dobrze zagrali tu pani Cruz i pan Driver. Penelopa Chevrol… Cruz – Laura Ferrari – oraz jej ekranowy mąż, Adam Driver w roli Enzo Ferrariego, dowiedli, że nie tylko (prawie) motoryzacyjnie brzmiące nazwiska zdecydowały o obsadzeniu ich w roli. Oboje, szczególnie w pierwszej części filmu, wcielają się we Włochów na tyle przekonująco, że żałowałem, iż film powstał po angielsku. Styl kina europejskiego nie zaciera się na tyle długo, że przez kilkadziesiąt minut byłem pod autentycznym wrażeniem jak ładnie Hollywood stylizuje się na przytulnie pastelową kinematografię starego kontynentu. Niestety, tylko do połowy seansu. Mocny włoski akcent u aktorów stopniowo zaczyna być karykaturalny, a kolejni wypomadowani nieszczęśnicy w skórzanych kurtkach wprowadzani na ekran przypominają coraz bardziej bohaterów Ojca chrzestnego, Chłopców z Ferajny czy Mafii (zarówno filmowej parodii jak i kultowej gry komputerowej z Tommym Angelo).
Potem – niestety – zaczyna się cały wachlarz innych mniejszych i większych problemów. Weźmy tu chociażby za przykład dziwny montaż, prezentujący liczne niezręczne dłużyzny, które sprawiają wrażenie, jakby reżyser najzwyczajniej w świecie nie miał pojęcia, kiedy krzyknąć „cięcie”! Ekspozycja mieszanki silnych emocji malujących się na twarzy Laury odwiedzającej cmentarz trwa tak długo, że zostaje z widzem w formie powidoków. Kiedy na ekranie pojawiły się pierwsze napisy końcowe, spodziewałem się dwóch rzeczy. Pierwszą z nich był lektor czytający„dialog i udźwiękowienie wersja polska”. Najgłośniejszy dźwięk filmu to przejmujący do głębi, wspaniały ryk silnika ferrari, ustępujący tylko na ćwierć decybela dźwiękowi chodzenia po żwirze, którego we Włoszech musi być od zatrzęsienia, ponieważ tektoniczny chrobot przesuwanych kamieni towarzyszy bohaterom na każdym kroku. W niektórych scenach dźwięki kroków zagłuszają wręcz dialogi.
W następnej kolejności spodziewałem się sceny po napisach z zapowiedzią sequela z tytułem w stylu 2Far 2Rarri: Czas Ultrona, ponieważ budowany w końcowej fazie filmu suspens nie ma rozwiązania poza krótką notką biograficzną na koniec.
Z plusów, reżyser nie boi się mocnych scen i podkreślania niebezpiecznych aspektów sportów motorowych w czasach, w których za szczyt BHP uznawano gaszenie papierosa przed tankowaniem bolidu. Konsekwencje pomyłek i dobrych decyzji są przedstawione bez zbędnego patosu, moralizatorstwa i slow motion, co jest rzadkością w naszych narracyjnie subtelnych jak młot bojowy czasach.
Sceny wyścigów nie wyglądają jakby były kręcone przy prędkości 12 km/h, ani też przy okazji popołudniowej sesji drużyny odpowiedzialnej za efekty komputerowe w Motor Forzy na Xboxie, co jest zdecydowanie mocną stroną całego przedsięwzięcia – i musiały pochłonąć lwią część budżetu, którego braku złośliwcy mogliby dopatrywać się w kulejącym dźwięku. Gorszą sprawą jest to, że wyścigów tu naprawdę niewiele jak na film, w którym bez przerwy się o nich wspomina. Mimo tego, kiedy już na ekranie pojawia się samochód – niezależnie czy jest to pocieszny, prowadzony przez Commendatore Enzo samochód rajdowy pontonowaty Peugeot 403, Maserati, Volkswagen Garbus, Ferrari, czy inny Mercedes Gullwing – czuć każde drżenie nitu i każdy zakręt.
Włoskie widoczki są tym lepsze, im mniej zamknięte w mieście. Scenografia ulic momentami wygląda jak wyprzedaż garażowa sprzętów i plakatów z przełomu lat 50. i 60. Spadek jej jakości jest wyczuwalny przede wszystkim w drugiej części seansu, ale nie odbiera radości z oglądania.
Mam mieszane odczucia. Z jednej strony nie poczułem, żebym wyrzucił pieniądze w błoto. Mało tego, wyszedłem z kina raczej zadowolony. Z drugiej z kolei, przytłaczający wymiar dziwactw składających się na ten obraz był do tego stopnia dezorientujący, że zastanawiałem się, czy przed wysłaniem go do dystrybucji ktoś w ogóle widział końcowy efekt. Zamiast przyznawać nic nie mówiące gwiazdki, pozwolę sobie na dozę motoryzacyjnego grafomaństwa: Z zewnątrz prezentuje się nieźle, wzbudza ciekawość na plakatach i zdecydowanie może stanowić temat do rozmowy. Nazwisko twórcy budzi zaufanie, a promocja robi swoje. Całość nie jest jednak tak niepowtarzalna, przełomowa i pozbawiona wad jak chcieliby ją widzieć panowie na emeryturze. Dodatkowo ta konkretna całość powstała w niewielkiej skali.
Ferrari to tak naprawdę zabawkowa Syrena Sport. I już wkrótce oba samochody połączy półka na Orlenie.


