Dym niezgody, dym zgody

Recenzja filmu Konklawe, reż. Edward Berger, 2024

Dym niezgody, dym zgody

Recenzja filmu Konklawe, reż. Edward Berger, 2024

Autor: Przemysław Tworek

Zdawałoby się, że świat nie ochłonął jeszcze po watykańskiej gorączce spowodowanej przez niedawną śmierć papieża Franciszka i wybór jego następcy, Leona XIV. Rozbudzona wyobraźnia tysięcy ludzi zaczęła lawirować z nieokiełznaną ciekawością między mrocznymi zakamarkami Kaplicy Sykstyńskiej, która choć zamknięta, stała się na chwilę otwartą. Wszystko dzięki dziełu Edwarda Bergera, które będąc ciągle świeżym, zdążyło wejść w progi drugiej młodości.

Konklawe – nazwa o tyleż tajemnicza, co przesiąknięta sacrum, w samej swej łacińskiej genezie oznacza tyle, co zamknięcie. Jednakże Konklawe Bergera (nagrodzone Oscarem za najlepszy scenariusz adaptowany), oparte na powieści Roberta Harrisa to nie tylko zamknięcie na klucz Kaplicy Sykstyńskiej, która przez szereg dni spełnia rolę tajemniczej sali głosowań. To opowieść o zamknięciu się w bańkach ludzi podobnych sobie, o zamknięciu szerszego oglądu kosztem własnego “ja”, wreszcie zaś wyjątkowo pokrzepiająca historia o ostatecznym zamknięciu drogi dla zła i uprzedzeń poprzez trud dążenia do sprawiedliwości za wszelką cenę.

Fabuła Konklawe nie należy do skomplikowanych: papież umiera, a kardynałowie, według pradawnego zwyczaju, muszą wybrać jego następcę. Wielowiekowa tradycja szybko staje się jednak areną wewnętrznych sporów – konserwatyści spierają się z liberałami, Kościół europejski izoluje się od afrykańskiego (i vice versa), a każdemu obłokowi czarnego dymu towarzyszy skrupulatne, wewnątrzkościelne odkrywanie osobliwych tajemnic kardynałów. Nad właściwym przebiegiem głosowania czuwa Dziekan Kolegium Kardynalskiego, Thomas Lawrence (wyśmienicie satysfakcjonująca rola Ralpha Fiennesa), który nie bacząc na pułapki losu, robi wszystko, by sprawiedliwości stało się zadość.

Skąpany w kardynalskich bielach i czerwieniach film, pomimo teatralnej niemal jedności akcji (Kaplica Sykstyńska i pomieszczenia Domu Świętej Marty to prawie wyłączne scenerie dzieła) sprawia wrażenie monumentalności. Dosłowny realizm często ustępuje malarskości ujęć, które w sposób bardziej chyba merytoryczny niż literalny kreślą filmowy obraz Kościoła; obraz, który – co warto zaznaczyć – nie jest dla Kościoła głosem krytyki, lecz raczej rzetelną debatą, przez którą przetaczają się fakty i mity. W Konklawe tak naprawdę trudno dopatrzyć się czarnych charakterów – czarny jest jedynie dym, wieszczący niezgodę, choć nawet ta ustąpi w końcu pod bielą zaskakującego zakończenia.

Zakończenia o tyle zaskakującego, że silącego się na nachalny zwrot akcji. Nieskomplikowana kardynalska gra o tron uzupełniona monumentalizmem zdjęć byłaby może dziełem jeszcze lepszym, gdyby zwieńczonym w nieco bardziej tradycyjny sposób. Niemniej jednak Konklawe wydaje się być jednym z tych filmów, gdzie wady są raczej nieodzowną formalnością, niż integralną częścią obrazu.

The power of God, the ambition of men – głosi podpis na okładce książkowego pierwowzoru. Trudno o trafniejszą metaforę Konklawe – filmu, w którym zamknięcie serc dalece silniej zamyka szafę z papieskimi szatami.

8/10