autor: magdalena siebuła
„Jedna na dziesięć osób słyszy głosy” – to pierwsze zdanie rozpoczynające opis filmu Moje wszystkie głosy, wyświetlanego podczas największego festiwalu filmów dokumentalnych w Polsce, Millennium Docs Against Gravity. Opis ten może być intrygujący dla stałych bywalców festiwalu, szczególnie że film zdobył nagrodę magazynu „Newsweek Psychologia” dla najlepszego filmu o tematyce psychologicznej. W końcu wszystko, co związane z psychologią, to temat, z którym warto być na czasie, prawda?
Z fotela psychiatry…
Jak powszechnie wiadomo, produkcje poruszające specjalistyczne tematy bywają zarówno uwrażliwiające, jak i rozczarowujące. Jak było tym razem? W filmie poznajemy historie aż pięciu osób, którzy rozmawiają z psychiatrą na temat swoich doświadczeń związanych ze słyszeniem głosów. Taka liczba bohaterów mogłaby utrudnić spójne prowadzenie narracji, szczególnie że ich historie przeplatają się ze sobą. Są jednak na tyle umiejętnie pokierowane, że nietrudno się w nich odnaleźć. Na pewno pomaga w tym zindywidualizowany sposób przedstawienia postaci – bohaterowie przedstawiani są kolejno w kadrach przy dużym zbliżeniu na ich twarze. Łatwo odnieść wrażenie, że kolejno samemu przeprowadza się indywidualne wizyty, podczas których pacjent siedzi naprzeciwko widza. Potęguje to fakt, że w żadnym momencie nie widać psychiatry rozmawiającego po kolei z bohaterami – jego głos dochodzi do nas wyłącznie z offu. Ten zabieg wywołuje wrażenie jeszcze większej ciasnoty przestrzeni, skupiając uwagę widza jedynie na pacjentach.
Nowatorska technika
Na uwagę zasługuje również niekonwencjonalny sposób prowadzenia terapii. Obserwujemy momenty, w których lekarz, zamiast rozmawiać z pacjentami, prosi ich, aby do głosu dopuścili również swoje wewnętrzne demony. Są to jedne z najbardziej zaskakujących momentów filmu – sceny, w których głosy przejmują kontrolę i odpowiadają na pytania psychiatry. Interesująca jest też różnorodność relacji pacjentów z ich głosami. Jedni – jak można się domyślać – najchętniej kompletnie by się ich pozbyli, inni natomiast uważają swoje głosy za coś pożądanego, przyjaznego. Widać to już po samych nazwach nadawanych głosom, począwszy od nacechowanego pejoratywnie „Karzącego Głosa”, po imiona, które mógłby nosić kolega z ławki obok w klasie. Warto też zaznaczyć, że niektórzy pacjenci słyszą więcej niż jeden głos, a te często wchodzą między sobą w interakcje.
Film nie tylko dla psychologów i psychiatrów
Po pokazie w warszawskim Atlanticu odbył się też panel, podczas którego można było zadawać pytania psychiatrze na temat filmu. Poruszony został m.in. temat tego, że – choć może wydawać się to zaskakujące – przypadłość bohaterów nigdy nie zostaje nazwana w filmie. Nie są oni zaszufladkowani jako schizofrenicy czy osobowości wielorakie. Brak nazewnictwa wynika z eksperymentalnego podejścia do badanych. Według tego, co twórcy mówili na panelu, przynosiło ono pozytywne efekty. Ciekawostką jest to, że w pewnym momencie prowadząca spytała, ilu psychologów i psychiatrów siedzi na widowni. Aż ¾ osób podniosło ręce. Nic dziwnego, w końcu seans może pomóc im w odkryciu nowej metody pracy z pacjentem. Natomiast dla osób spoza światka skoncentrowanego na zdrowiu psychicznym dokument ten jest przede wszystkim lekcją empatii i szansą wejścia do głowy osób, z którymi normalnie nie mamy styczności.
Zasłużona wygrana
Film dzięki zastosowanym przez reżyserkę zabiegom narracyjnym oraz zmyślnemu montażowi, a także empatii, z jaką traktuje swoich bohaterów, zdecydowanie udźwignął ciężki temat. Pokazuje, że ludzie spotykający się z ostracyzmem przy bliższym poznaniu okazują się być podobni do nas.

