Tekst: Igor Osiński
W tajemniczej piwnicy ekscentrycznego naukowca dokonuje się zmartwychwstanie. Tragicznie zmarła kobieta zostaje powołana do życia dzięki wszczepieniu jej mózgu jej nienarodzonego dziecka. A to dopiero początek wariackiej historii.
Narodzona na nowo Bella Baxter to zupełnie nowa osoba w ciele dorosłej kobiety. Postronni widzą w niej szaloną dorosłą, która z jakiegoś dziwnego powodu zachowuje się jak małe dziecko. Nikt nie wie zatem, jak ją klasyfikować. Czym też stanie się ta żeńska wersja Frankensteina to jedna wielka niewiadoma. Rozwijając się w zaskakującym tempie, szybko uczy się niuansów życia i własnego ciała. Zaczyna dostrzegać, że gdzieś tam za murami domu jest inny świat kuszący swoją innością. Stając się obiektem pożądania, zostaje porwana przez ekscentrycznego prawnika na rejs po Europie. Nie trzeba było jej długo namawiać – możliwość zobaczenia czegoś więcej niż dobrze znane przestrzenie korytarzy i pokoi urozmaicona uciechami cielesnymi to oferta nie do odrzucenia dla tej istoty.
Bella odkrywa więc świat jako bliżej niezidentyfikowany byt – od zżerania ciastek do porzygu, przez lektury filozofów, do pełnego zainteresowania ideologią marksistowską. Coś nam to przypomina, nie? Emma Stone jest w tej roli bezbłędna. Nierozwinięta motoryka i mimika Belli w połączeniu z pojedynczo artykułowanymi zdaniami ma duże znaczenie wobec zatrważająco nierealnego świata, który stworzono na wzór tego z dziewiętnastego wieku, do granic tworząc go fantazyjnym. Przestrzenie kolejnych przystanków na mapie podróży w głąb siebie są przyjemne dla rozbieganego oka pragnącego dopaminy. Nie ma jednak czasu na kontemplację, gdy Bella Baxter ma tyle rzeczy do zobaczenia. Tak jak ona, jesteśmy zdezorientowani pięknem i dziwacznością świata.
Lanthimos nigdy nie skręcił tak bardzo w kierunku natężeniu dowcipu. Biedne istoty to pełnoprawna komedia i niech świadczą o tym wybuchy śmiechu w muranowskiej sali Zbyszek, po brzegi wypełnionej rozbawioną widownią. Ze swoimi żartami okazał się być zgrabnym komediantem, lawirując między topornością twojego starego a ekstremalnym podkręcaniem konwenansów. Dotychczas, humor objawiał się w starciu dziwacznie poważnego świata z naszymi realiami w stylu postmodernistycznej wariacji Kaurismakiego. Tym razem zrezygnowano z ważniactwa i jest tylko – a może i aż – dziwacznie.
Czuć zgranie pomiędzy częściami. Przejścia są naturalne; tak jak naturalne są zmiany w psychice Belli. Niuanse historii są jednak rzeczą drugorzędną. Satysfakcję odczuwa się z bycia świadkiem rozwoju emocjonalnego biedactwa. Świadomie podzielono film na kilka zupełnie różnych od siebie etapów w podróży Belli po świecie, a mniej więcej w połowie jest coraz mniej komedii, coraz więcej dramatu społecznego – całkowicie współczesnego, nie dziewiętnastowiecznego.
Zacznę może od przebijającego się na pierwszy plan wątku. Maczyzm nasz powszedni dostaje szoku w starciu z jednostką niepokorną jego wymaganiom. Rozhisteryzowany Mark Ruffalo w roli lepszego cwaniaka bezkompromisowo oddaje przerażenie jednostki, która nigdy nie słyszała odmowy w świecie, który nie uznał za stosowne przygotować go na taki obrót spraw, a kobieta naturalnie ma przyjąć pozycje zdominowanej siłą i wielkością mężczyzny, którego jedyne co wyróżnia to bycie mężczyzną w systemie premiującym tą płeć.
Bella dokonując wątpliwie akceptowalnych wyborów co do jej miejsca w społeczeństwie szarga wrażliwe nerwy patriarchatu. Warto zatem przyjąć, że nie jest to celem odegrania się na złym patriarchacie w wyrazie bezustannego oburzania. Bardziej, wytknięcie wad, tworząc swoisty exploit w systemie. Bella jest w potrzasku – nie może robić jednej rzeczy, bo to niemoralne, ale nie może i przeciwnej, bo przecież co powiedzą ludzie? Jeżeli nie ma tu dla niej miejsca, to w jaki sposób ma dostosować się do systemu wymagającego niemożliwego? Nie wie, czego chce od świata, a on sam niezbyt jej pomaga, oferując jedynie poddaństwo samcowi.
Na myśl przychodzi Narzeczona pirata w reżyserii Nelly Kaplan, w której bieda zmusza wyzwoloną dziewczynę na francuskiej do prostytucji, stopniowo uwłaszczając się pieniędzmi swoich klientów – głów rodzin z okolicznej wsi, uzależniając ich od siebie i coraz śmielej dyktując warunki całej społeczności. Nie wchodząc w szczegóły, obyczajoburczy wydawać by się mógł wtedy fakt, że śmiała się odczuwać przyjemność ze swojej sytuacji. Nie dość, że nie brakuje jej uciech cielesnych, stała się niezależna finansowo, przez co okolicznych chłopów trafia szlag. Tracą swoją nienależną im pozycję wziętą z prymitywnego patriarchatu na rzecz kogoś tak nieprzyzwoitego, rzecz jasna nie rezygnując z jej usług. Kaplan stawia zatem zasadnicze pytanie, kto tak naprawdę jest tu nieprzyzwoity.
Wyzwolenie we wrogim świecie to siła i odwaga, a Lanthimos o tym wie. Emancypacja nie jest ujęta w klimacie bezmyślnej przesady i permisywizmu – można powiedzieć, że wykazano się tu dobrym gustem, balansując między szokiem dla szoku (patrz. ostatnio niezwykle popularne Saltburn) a smętną dydaktyką. Tym mocniej to potwierdza, jak Lanthimos jest zaawansowany w swoim myśleniu o opowieści jako medium wtłaczania do naszych serc rzadziej beznadziei, częściej nadziei, ubierając to w rozrywkę nie zawsze łatwą i głupiutko przyjemną. Nawet wartościowy dżihad wytoczony przeciwko status quo.
Czy da się zdefiniować Bellę? Daleki jestem do uznania łopatologicznie prostej konkluzji, że to po prostu dziecko zamknięte w umyśle dorosłego. Jest to frankenstein – byt będący poza głównym obiegiem życia i śmierci. Daje to trochę więcej pola do uznania podstaw jej procesu rozwoju, który nie musi wcale przebiegać tak jak u dziecka. Zresztą, byłoby to bardzo nie na miejscu. Być może moja postawa wynika z faktu, że nie skupiam się wyłącznie na płci, uznając to za podstawę do węższej interpretacji. Frankenstein jest bardziej narzędziem do eksploracji innych tematów, które można miejscami sponiewierać bez utraty humanizmu. Dzięki temu można użyć chwytów tak ryzykownych jak problem prostytucji w starciu z wyzwoleniem seksualnym, bez grzęźnięcia w niepewnych i niekoniecznie trafnych odpowiedziach.
Prawdę mówiąc, nie stało też za Lantimosem przekonanie, by odkryć coś zupełnie nowego. Detabuizując rozwiązłość uważa ją jako możliwy środek do wyższych celów, bynajmniej nie z samej wartości jaką ma prostytucja, ale jako najprostszy wyraz zakwestionowania stworzonego uniwersum. Teoretycznie nie musi tego współcześnie robić – jako społeczeństwo dojrzeliśmy, widzimy wady systemu naszych przodków i potrafimy na nie zareagować inaczej niż stygmą, prawda? Prawda?
Co więcej, Biedne istoty nie muszą być wcale szczególnym komentarzem społecznym, choć takie spojrzenie kusi wizją prostej krytyki. Ponownie, niecodzienny setting, podobnie jak sama figura Frankensteina, pozwalają na wyjście z twarzą z całej masy zarzutów mogących pojawić się w przypadku, gdyby historia pozbawiona byłaby fantazyjnego sznytu. Niestabilna i nierozwinięta kobieta w brudnym świecie XIX wieku najpierw wykorzystana przez dobrze usytuowanego mężczyznę, a następnie zmuszona do prostytucji – nie brzmi to dobrze. Przychylam się traktowaniu uniwersum Istot za limbo state służący do wizji czegoś innego niż świat krzywdzący odważne i zdezorientowane kobiety, a bardziej na zrozumienie siebie w świecie indywidualizmu i kolektywizmu naraz.
Jestem zdania, że nie chodzi tu stricte o prawienie morałów, czy coś jest dobre czy złe; bardziej o zasugerowanie kwestionowania przez widza kolejnych pomysłów Belli, nie przyjmując ich zupełnie (bez)krytycznie. Czasami dostaje się po twarzy opacznie rozumianym Marksem, zbyt przestarzałą na nasze standardy falą feminizmu czy czymkolwiek innym, na co można się natknąć w wieku przed-dorosłym. Ale czy nie o to chodzi? Dlatego też wszechobecnego seksu nie poczytuję za przejaw cynizmu w obliczu systemowego wykorzystywania. Wedle głosów krytyki, sexworking nie może być narzędziem wyzwolenia, a na pewno czymś dobrym, gdy ktoś nie jest jeszcze do końca świadomym samego siebie. Ponownie – film nie wchodzi w nurt ślepego chwalenia pracy seksualnej czy też jej równie byle jakiej krytyki. Bardziej traktuje ją jako określone przeżycie z określonymi skutkami.
Sukcesem Biednych istot jest uniwersalizm. Możesz być Bellą, możesz być maczo, możesz być wspierającym narzeczonym czy byłym mężem–despotą, to nie ma znaczenia. Być może każdy z nas jest Frankensteinem wraz z opuszczeniem rodzinnego domu i pójściem na studia. Nie łudźmy się, że wszyscy bez wyjątku poszliśmy na nie wyłącznie z chęci zdobywania akademickiej wiedzy: opowieści o legendarnych imprezach w akademikach i wynajętych mieszkaniach działają na wyobraźnie, kreśląc wizje bogatego życia społecznego. Jak to ma się z rzeczywistością, nieważne. Ważna jest droga do przebycia; ważne jest odnalezienie czegoś, co będzie o mnie stanowić w przyszłości, bez przesadnego przejęcia wszechobecną presją do wchodzenia w dawno przetarte szlaki. Tym bardziej, że tak jak Bella, nie jesteśmy jeszcze całkowicie zdefiniowani. A na pewno nie jesteśmy tylko dziećmi w ciałach dorosłych.
Przychodzi na myśl nurt filmów coming of age. Ponownie, nie jest to wyjątkowo błyskotliwe treściowo kino. Być może wtórnym jest powtarzanie o swoim indywidualizmie, jednak nikt dotychczas nie zrobił tego z taką fantazją – odrzucając zeitgeist, stworzono opowieść najszerzej dostępną, niezależnie od uwarunkowań, przy tym śmieszną i niepokojącą – jak życie.
Istoty zapełniają dziurę, którą Barbie stworzyła swoją bylejakością – przystępny, ale i ważny głos w emancypacji wyemancypowanych. Potwierdzenie, że świat niekoniecznie potrafi pojąć te wszystkie dziwactwa, na które wpadamy. Nie pozostaje nic innego zatem, niż wściekłe skakanie i zaczytywanie się w Prouście, ku nowej wspaniałej mnie.

