Ameryka w ogniu – recenzja Civil War

Alex Garland, reżyser takich dzieł jak Ex Machina oraz Anihilacja, powraca, by przedstawić nam wizję upadającej, pogrążonej w bratobójczej wojnie Ameryki.

Autor: Piotr Matusiak

W obecnych czasach przez społeczeństwa państw zachodnich przebiegają drastyczne i pogłębiające się podziały społeczno-polityczne. I choć także w Polsce odczuwamy konsekwencje tego zjawiska, jednym z najbardziej spolaryzowanych obecnie krajów na świecie są Stany Zjednoczone Ameryki. W świetle tego bolesnego, narodowego rozłamu, w państwie, w którego historii tak przecież istotnym wydarzeniem jest krwawa wojna domowa zwana secesyjną, coraz popularniejsze stają się wizje drugiego tego typu brutalnego konfliktu.

Taki temat bierze na warsztat scenarzysta i reżyser Alex Garland w swoim najnowszym filmie Civil War. W rzeczonym obrazie, przedstawia on wizję podzielonej na frakcje, pogrążonej w chaosie wojny domowej Ameryki, w której panuje bezprawie, żołnierze wszystkich stron bezkarnie mordują cywili, a domorośli stróżowie prawa biorą sprawiedliwość w swoje ręce.

Fabuła filmu opowiada o czwórce reporterów wojennych, podróżujących przez wschodnią część USA z Nowego Jorku do Waszyngtonu, pragnąc przeprowadzić wywiad z prezydentem podzielonego państwa. Każdy z głównych bohaterów jest wyjątkową, nietuzinkową postacią, z których każdą dręczą jej własne demony. Centralną osobą dramatu jest Lee Smith (w tej roli Kirsten Dunst). Fotografka przeżywa kryzys wiary w swoją dziennikarską misję. Towarzyszą jej grany przez {imię} Wagnera Moura Joel, który swoją traumę ukrywa pod nadmiernie humorystyczną i radosną fasadą, podstarzały dziennikarz i mentor Lee , Sammy (grany przez Stephena McKinleya Hendersona) oraz Jessie, młoda fotografka-amatorka, idolizująca Lee i marząca o karierze fotoreporterki wojennej (w tej roli Cailee Spaeny). Aktorzy świetnie odegrali swoje role, czyniąc swe kreacje wiarygodnymi i zwiększając zaangażowanie widza w seans.

Civil War jest emocjonującym spektaklem o gargantuicznej skali. Wizja upadku największego hegemona XXI wieku jest imponująca i naturalistyczna, a świetne zdjęcia Roba Hardy’ego oddają ją bezbłędnie. W trawionej wojną Ameryce rządzą siła i bezprawie. Wielokrotnie ani widz, ani same postacie nie są już świadome, do których frakcji przynależą napotkane oddziały i całość zmienia się szybko w festiwal bezsensownej przemocy i niepotrzebnie przelanej krwi. Film nie skupia się na wyznawanych przez poszczególne strony ideologiach ani na amerykańskiej polityce. Zamiast tego zwraca uwagę widza na tragiczne skutki potencjalnej wojny domowej w USA. Jednocześnie film skupia się na realistycznym przedstawieniu pracy reportera wojennego i przytłaczającej znieczulicy, która dotyka osoby pracujące w tej branży oraz ich bezsilności wobec otaczających ich przemocy i okrucieństw.

Z treścią filmu wyraźnie kontrastuje soundtrack, składający się w dużej mierze z beztroskich kawałków rockowych. Zestawienie ich z ogromną skalą zniszczenia na ekranie wywołuje ciekawy i niecodzienny efekt, w pewien symboliczny sposób zestawiając przedwojenną Amerykę ze zrujnowanymi Stanami, które mamy okazję obserwować w filmie.

Surowiej należy ocenić jednak realia konfliktu przedstawionego w Civil War. Sojusz Teksasu oraz Kalifornii, stanowiący w filmie główne zagrożenie wobec rządu w Waszyngtonie, wydaje się skrajnie nierealny ze względu na drastycznie odmienne nastroje społeczno-polityczne panujące w tych stanach. Dwie pozostałe frakcje w świecie filmu, czyli Sojusz Florydy oraz Nowa Armia Ludowa, zostają wspomniane zaledwie parę razy i ich istnienie nie ma żadnego wpływu na wydarzenia. Mało tego, nazwa tej drugiej pojawia się wyłącznie w postach twórców dzieła w social mediach, a widz, który nie śledzi producentów w sieci zapamięta ich po prostu jako „maoistów z Portland”.

Niezrozumiałe są też opinie, jakoby film przedstawiał wszystkie frakcje w negatywnym świetle. Floryda i Portland, ze względu na swoją fizyczną nieobecność w obrazie, nie są przedstawione w żaden sposób, a z dwóch głównych, istotnych frakcji w Civil War, Sił Zachodnich Teksasu i Kalifornii oraz lojalistów, ci drudzy ukazani są w zdecydowanie bardziej negatywnym świetle. Z tego względu, chociaż większość potyczek między niedookreślonymi frakcjami w filmie skutecznie ukazuje wojnę jako festiwal niepotrzebnego okrucieństwa, gdzie nie funkcjonują takie terminy jak „dobro” i „zło”, finalna bitwa między Siłami Zachodnimi a zwolennikami waszyngtońskiego rządu wydaje się bardziej archetypowym starciem tych „dobrych” z tymi „złymi”, a Teksas i Kalifornia, choć oczywiście nie krystalicznie czyste, jawią się wprost jako mniejsze zło wobec lojalistów.

Ostatecznie Civil War jest imponującym i pełnym rozmachu przedstawieniem podzielonej, upadającej Ameryki. Film słusznie porzuca komentarz społeczny i przekaz polityczny na rzecz bardziej uniwersalnego ostrzeżenia dotyczącego pogłębiających się podziałów społecznych a świetnie napisane i zagrane główne postacie wzbudzają zainteresowanie. Mimo dość naiwnych i umiarkowanie realistycznych fundamentów świata przedstawionego, jest to zdecydowanie dzieło godne uwagi.