Autor: Krzesimir Szwed
Wyjechałem ostatnio na prowincję celem zażycia odpoczynku. Miła odmiana po warszawskim zgiełku: Polska nawet-nie-powiatowa, miejscowość gminna, bez praw miejskich, ale też bez krów i snopowiązałek. Zamiast tego lasy, zakład pracy i sypialnia sypialni najbliższego miasta. Doświadczenie nostalgiczne, bo w bliźniaczym anturażu dorastałem. Po aktywnie spędzonym dniu padło hasło: zamawiamy pizzę. A po nim follow-up od gospodarza: neapolitańską czy sycylijską?
To na moment wybiło mnie z sielanki. Proszę mnie dobrze zrozumieć: nie piszę z perspektywy mieszczucha, zdziwionego, że poza ukochaną stolicę dotarły dobrodziejstwa współczesnej gastronomii. W Warszawie żyję od niedawna. Nie przyzwyczaiłem się jeszcze dobrze do działającego zbiorkomu i gąszczu podziemnych przejść. To familiarność wioski z małomiasteczkowymi aspiracjami stoi za moim szokiem poznawczym. Bo na wsi, którą pamiętam, pizza była tylko polska: tłusta, z grubym ciastem i najtańszym serem. Zdziwienie trwało może sekundę – ot, złapałem się na refleksji o zmieniającym się świecie, pierwszej oznace starzenia. Ale w tym momencie jakaś tama w mojej głowie została zwolniona – i popłynął spiętrzony potok myśli.
Kiedy ostatnio widziałem hamburgera z mięsa oddzielanego mechanicznie? W przydworcowych budach króluje teraz kebab, coraz częściej „kraftowy”. Burgerownie prześcigają się w szlachetności swojej stuprocentowej wołowiny (koniecznie mielonej na miejscu). Nawet zapiekankę łatwiej dorwać w zgentryfikowanej formie. Cóż, od wczesnych lat 00. dużo się zmieniło. Byliśmy wtedy jeszcze zachłyśnięci nowootwartym przed nami światem, przy tym niewystarczająco świadomi i zamożni, żeby przejmować się pochłanianiem tandety. Dziś – to zupełnie inna sprawa. Pojawiają się nowe mody, horyzonty się poszerzają. Rosną oczekiwania. I przecież dobrze, że chcemy jeść lepiej. Świetnie, że mamy taką możliwość. Chociaż wydaje mi się, że troska o zdrowie, środowisko, czy nawet doznania smakowe, nie stoją za tym w takim samym stopniu co klasowe aspiracje.
Nasz posiłek odzwierciedla to, kim jesteśmy – albo kim chcemy być. Spostrzeżenie raczej nie rewolucyjne, ale fundamentalnie prawdziwe. Świetnie wykorzystała je w „Magicznej ranie” Dorota Masłowska. Przez ukazanie piekarni „Chlebovnia” jako mekki przebrzmiałych warszawskich influencerek czy pizzy z keczupem, jako substytutu matczynej miłości, obnażyła kim bohaterowie są, do czego aspirują i wszystkiego pomiędzy. Tak jak oni performują swoim jedzeniem status i budują tożsamość, tak samo my szukamy tego co lepsze, bardziej egzotyczne i niedostępne, żeby potwierdzić swoją pozycję w świecie.
Nasza motywacja niewiele różni się od tej z lat 90. i 00. Wtedy też chcieliśmy czegoś więcej: jeść szybko, wygodnie, zachodnio. Teraz, kiedy faktycznie zbliżyliśmy się do zachodu, wiemy lepiej co oferuje i możemy swobodnie przebierać w poszukiwaniu co lepszych kąsków. Wtedy – po prostu brakowało świadomości i środków. Ale to wtedy się wychowywałem i do tego czasu czuję nostalgię. Bo przecież nie o paskudne fast foody chodzi: nie o hamburgery, hotdogi, nawet nie o kurczaka z rożna (chociaż tego smaku faktycznie mi brakuje). Ociekająca tłuszczem pizza jest dla mnie specjalna tylko dlatego, że jadłem ją jako dziecko. Co więcej – tylko na specjalne okazje. Więc sama wyryła mi się w mózgu jako coś specjalnego.
Moja refleksja to z jednej strony po prostu zderzenie z przemijaniem. Poczucie straty czegoś, w trudny do wyjaśnienia sposób, bliskiego. Z drugiej: czuję nie melancholię i rozrzewnienie, ale wyraźny sprzeciw. Przecież mowa nie tylko o jedzeniu – to znak czasu, odbicie kultury utrwalone w dość nieoczywistym i skrajnie trudnym do zachowania medium. Pozwolenie na śmierć nawet najmarniejszego wycinka kultury, wydaje mi się nieopisaną zbrodnią. Uruchamiają się we mnie dokładnie te same emocje, co w przypadku lost media – nigdy niewydanych gier, seriali usuniętych z dystrybucji, zaginionych rejestracji słuchowisk. Świadomość zniknięcia netflixowego gniotu wywołuje poczucie głębokiej niesprawiedliwości. Zachowanie go, nawet pod grubą warstwą kurzu, to wartość sama w sobie. Zresztą nie tylko dla mnie, bo dyskusje na temat lost media nie cichną od lat. Pytanie tylko: jak ocalić od zapomnienia gastronomiczny trend?
Serial można zarchiwizować na dysku czy wrzucić na torrenty. Wszystko co materialne zamknąć za gablotą w muzeum. Realia życia – opisać w naukowej monografii czy przedstawić w nostalgizującym filmie. Takiego burgerowego kotleta, póki go jeszcze znajdę, mogę umieścić w słoiku z formaliną – ale problemu to nijak nie rozwiązuje. Chodzi w końcu o doświadczenie ducha epoki. Więcej niż samą potrawę. Trudnością może okazać się już brak powszechnej motywacji do utrwalania. Ani nie było to dobre i zdrowe – więc trudno fetyszyzować, jak mleko prosto od krowy; ani na tyle patologiczne, żeby Smarzowski kręcił o tym filmy. Po prostu mięsny odpad w bułce. Nikt nie zaserwuje go za 10 lat w odświeżonej formie, jak frugo, czy oranżadę w szklanej butelce. Nie da rady sprzedać tego nawet jako ciekawostki.
W końcu rozumiem, choć trochę, starszych ludzi, wzdychających do wcale nienajlepszych czasów. Skoro można czuć tęsknotę za oddzielanym mechanicznie mięsem, to pewnie można też za „kręceniem wora” podczas zasadniczej służby (pobór 92, pamiętamy). Z drugiej strony, to chyba dobrze, że negatywnym zjawiskiem, które moja pamięć przepuszcza przez różowy filtr jest paskudny street food, a nie fala w wojsku, brak standardów BHP, czy nauczyciel tłukący mnie linijką po łapach. To znaczy, że żyło mi się lepiej niż pokoleniu moich rodziców. I bardzo mnie ten przywilej cieszy.
Przywilejem moich dzieci będzie to, że nie będą musiały tego świństwa w siebie pakować (i jeszcze się z tego cieszyć!). Jasne, przykro mi, że nie będą mogłyby doświadczyć czegoś dla mnie kształtującego. Ale dlaczego miałyby w ogóle tego chcieć? Mnie nie ciągnie wcale do płucek na kwaśno, które w analogiczny sposób „przegapiłem”. I cieszę się, że mam zamiast nich kraftowy kebab i zapieksy z prosciutto.

