Autor: Bartosz Przywara
Historia reprezentacji Polski w piłce nożnej w ostatnim roku to pełen emocji rollercoaster. W Niemczech polski kibic będzie więc wystawiony na ciężką próbę. Dalej łudzi się jednak, że może być inaczej. Teraz, w obliczu meczów z Francją, Holandią i Austrią na Euro 2024, nasze oczekiwania rosną, pomimo braku jakichkolwiek podstaw, ale czyż nie taka jest rola kibiców, aby wspierać swoją drużynę bez względu na wszystko?
Interesuję się reprezentacją Polski w piłce nożnej od bardzo dawna. Pierwsze wspomnienie z dzieciństwa, które jestem w stanie osadzić na osi czasu, to właśnie wspomnienie piłkarskie, mecz Polski z Grecją na Euro 2012. Jako kibic polskiej reprezentacji z prawie 12-letnim stażem, mogę stwierdzić, że oglądanie meczów biało-czerwonych to dziwne doświadczenie. Doświadczenie na tyle specyficzne, że trudno je opisać słowami i którego prawdopodobnie nigdy nie doświadczył żaden kibic innych reprezentacji. Ostatni rok, a właściwie ostatni cykl eliminacyjny, pokazał w pigułce cały wachlarz umiejętności Polaków w bolesnym kompromitowaniu się na boisku. Już pierwszy mecz z Czechami w Pradze nosił znamiona „Blitzkriegu”, a poziom memiczności polskiej reprezentacji osiągnął wręcz absurdalnie wysokie wartości. Miny bezradnego Fernando Santosa tylko dodały niewątpliwego kolorytu całemu spektaklowi. Na nasze nieszczęście nadszedł potem Kiszyniów, który w pamięci polskiego kibica zapisał się czarnymi zgłoskami. O ile w Pradze Polacy sięgnęli dna, to w stolicy Mołdawii dokonali odwiertu. Cały ten mecz był właściwie jednym wielkim kuriozum, zaczynając od poziomu realizacji telewizyjnej meczu, a kończąc na wprost niewytłumaczalnym „comebacku” reprezentacji gospodarzy. Zdecydowanie najlepszym podsumowaniem tego spotkania jest sposób, w jaki mołdawski realizator pokazał trzecią bramkę dla reprezentacji Mołdawii, a w zasadzie to, jak jej nie pokazał, bo w kluczowym momencie widzowie zamiast gola zobaczyli wybuch radości trenera Mołdawian.
Potem przyszły męczarnie z amatorami z Wysp Owczych i chyba jedno z najbardziej kuriozalnych zagrań w historii futbolu autorstwa Grzegorza Krychowiaka. Kolejnymi meczami z Albanią oraz ponownie z Mołdawią tylko pogłębiliśmy odwiert, w którym znajdowaliśmy się już od czerwca. Nie pomogła nawet zmiana selekcjonera na „polskiego Guardiolę”, czyli Michała Probierza. Musieliśmy czekać na marcowe baraże.
Baraże, które – patrząc na naszą sportową dyspozycję – nawet nam się nie należały. UEFA dała nam jednak szansę na poprawienie błędów i wywalczenie biletu do Niemiec. Co najważniejsze, udało się wyszarpać i przepchać ten awans. Weszliśmy na to Euro od tyłu, drzwiami ogrodowymi, ale weszliśmy. Nie będę wspominać o straconej bramce z Estonią, czy o fakcie, że w meczu z Walią nasi zawodnicy nie oddali nawet celnego strzału. To tylko nic nieznaczące szczegóły. Dzięki obecności Polaków w Niemczech, czerwiec będzie choć trochę radośniejszy (bo nie sądzę, że dotrwamy do lipca).
Niestety, co najgorsze, dwa mecze barażowe wlały w serca polskich kibiców nadzieję. A kto kibicuje reprezentacji Polski, ten wie, że wiara w nią, szczególnie w kontekście gry na dużych turniejach, jest po prostu złudna. Nie raz nadużywała naszego zaufania i nieświadomie pompowała balonik oczekiwań – że może tym razem się uda, że jedziemy po medal, że wyjście z grupy to cel minimum, że wreszcie teraz mamy drużynę, która jest w stanie dorównać legendarnym składom Górskiego i Piechniczka. A wychodziło tak, jak zawsze –3 mecze i do domu. Dobra, w 2016 r. udało ugrać się coś fajnego, ale w końcu od każdej reguły musi być wyjątek.
Teraz ma nie być oczekiwań, bo w końcu trafiliśmy do grupy z wicemistrzami świata – piekielnie mocnymi Francuzami, zawsze groźnymi Holendrami i wyjątkowo mocną Austrią. Nie wspominając już o tym, że forma naszych „kopaczy” pozostawia dużo do życzenia. Odnoszę jednak wrażenie, że przysłowiowy balonik nadal jest pompowany, a oczekiwania są oparte na wyssanym z palca poglądzie, że Polacy jadą na turniej bez presji, bo na wyjście z grupy nie ma raczej co liczyć. Od razu podawany jest tutaj za przykład mecz z Francją w Katarze, gdzie po wyjściu z grupy, bez większej presji zagraliśmy najlepsze spotkanie na całym turnieju. Czy tak będzie? Pewnie nie, ale mieć nadzieję zawsze warto. Odnoszę zresztą wrażenie, że ostatnimi czasy tylko to utrzymuje Polaków przy reprezentacji. Zawsze można się łudzić, że teraz będzie inaczej. Że tym razem zatrzymamy „Mekambe”, że może Holendrzy będą mieli zły dzień, że może w końcu uda się coś strzelić Austriakom. Niestety czasami wiara to za mało.
Kończąc już mój nieco przydługi wywód o polskiej reprezentacji, pragnę wspomnieć, że w tej tragikomicznej sytuacji można znaleźć jasne punkty. Niewiele jest mianowicie rzeczy, szczególnie obecnie, które w jakiś sposób mogą zjednoczyć Polaków. Futbol, co by o nim nie mówić, jest taką dziedziną, która nas jednoczy, albo poprzez wspólne krytykowanie reprezentacji, albo poprzez wspólne kibicowanie, i to jest po prostu fajne.

