Autor: Katarzyna Jaguś
Nie mogę się zdecydować, czy nasze pokolenie nieustannie ucieka, czy nieustannie szuka. Tak często słyszymy, że mamy szerszy wachlarz możliwości niż jakakolwiek wcześniejsza generacja, a jednak nie potrafimy nawet uchronić się przed monotonią szarych dni. Chodzimy z domu do szkoły, ze szkoły do domu, udając, że nasze życie nabiera barw za każdym razem, kiedy sięgamy po telefon. Nie, to nie będzie kolejna tyrada o tym, jak to social media przyczyniły się do epidemii samotności. Na przestrzeni lat utraciliśmy coś o wiele bardziej nam drogiego i potrzebnego, niż umiejętność oderwania oczu od ekranu i spojrzenia przez okno – w naszym życiu codziennym zabrakło przestrzeni na miejsca trzecie.
Miejsca trzecie, z angielskiego “third places”. Termin ten został rozpowszechniony przez socjologa Reya Oldenburga. Według niego są to miejsca publiczne, gdzie regularnie goszczą dane grupy osób zwykle w celu socjalizacji i spędzania czasu wolnego. To dopełnienie naszego pierwszego miejsca, domu, a drugiego, pracy. Bez nich społeczności nie mają szansy integrować się, przez co coraz więcej osób dotyka uczucie samotności i bezsilności.
Generacja Z jest aktualnie najbardziej wyalienowanym pokoleniem. Polaryzacja naszego stylu życia na dom, a pracę/uczelnię/szkołę zbiera swoje żniwa. Social media już jakiś czas temu przestały być naszym wyborem, stały się ułomnym zamiennikiem miejsc, które zostały zapomniane. Kwarantanna miała swoje plusy –przeniosła już istniejący od lat problem na tak ogromną skalę, że w końcu zaczęliśmy go uznawać i o nim rozmawiać.
Przejdźmy do meritum – gdzie podziały się nasze upragnione miejsca trzecie? Utracone przestrzenie bez rzeczywistego przełożenia? Powodów ich zaniku jest wiele – jednym z nich są pieniądze. Jestem przekonana, że bohaterowie serialu “Friends” nie przesiadywaliby w swojej ulubionej kawiarni, gdyby wiązało się to z codziennym wydatkiem ośmiu dolarów. Zabawne, jak można tęsknić za czymś czego nigdy się nie doświadczyło. Ogarnia mnie osobliwa nostalgia, kiedy słucham opowieści moich rodziców o przeszłości. Szczególnie, kiedy dotrą do fragmentu o przeciętnym koszcie spotkań równym 3 złote.
W urozmaiceniu sobie życia przez najmłodszych nie pomagają liczne restrykcje oraz nowoczesna zabudowa.Sama mieszkam na podstarzałym osiedlu i mimo, że dzieciaki pod oknem doprowadzają mnie do szału, wolę to, niż ciche, chronione osiedla, przemyślane tylko pod względem prezencji. Identyczne bloki, tuż obok równiutki trawnik, który przecina asymetryczne chodniki. Na koniec podstawowy faktor: przeszywająca cisza. Poza tymi enklawami, znajdziemy boiska, oczywiście płatne lub ogrodzone. Przychodzi mi na myśl tekst mojego taty – o spędzaniu czasu w miejscach “tam gdzie młodzież czuła się pewnie i można było wszystko”. Trochę się pozmieniało. Teraz na ulicach jest spokojniej niż za jego czasów, ale jakiś obłąkany innowator zapomniał czym jest umiar. Ofiarowano nam poczucie bezpieczeństwa, a zabrano wspomnianą pewność – gwarancję przestrzeni tylko dla nas, młodych i spragnionych nowych doświadczeń.
Tak oto nasza generacja umiera w środku, prosperując na zewnątrz. Nastała era indywidualizacji i samotności. Co jest w tym najstraszniejsze? Fakt, że nie nauczeni przez środowisko, jak się socjalizować, nie posiadamy tej podstawowej umiejętności. Nikt nas nie nauczył po prostu być wśród ludzi i czerpać z tego radość. Coraz częściej słyszę, że zwykłe podejście do nieznajomego to dla niektórych spore wyzwanie. Nie wiemy również, jak komunikować się z osobami z “innego świata”, których nazywamy tak tylko przez rozbieżność w charakterach, zainteresowaniach, poglądach. Przez to coraz więcej osób, jeżeli jakieś relacje posiada to opiera je na korzyściach, jako że nie jesteśmy w stanie zajrzeć w głąb drugiej osoby i zbudować znajomości na czymś pięknym, ludzkim. Gonimy za większymi celami, za obiecanymi nam przez starsze pokolenie, nieskończonymi możliwościami, zapominając o tak prostych rzeczach, jak znalezienie swojego zakątka. Co za tym idzie swoich ludzi.
Zdarza mi się zatrzymać czas i obserwować przechodniów. Przerwać gonitwę myśli i zastanowić się, czy te wszystkie zabiegane dusze odnalazły swoje miejsce w tak przytłaczającym mieście, jakim jest Warszawa. Wyobrażam sobie ich codzienną trasę jako neonowe linie. Może którejś uda się dzisiaj za nią pociągnąć i dodać przystanek, w którym nacieszy się chwilą z mu najbliższymi.
Wiem, że to możliwe, ale pod jednym warunkiem musimy przestać uciekać, a zacząć szukać.

