Autor: Michał Wrzosek
Moim ulubionym rodzajem snów jest ten o odkrywaniu zupełnie nowej przestrzeni mieszkania lub bloku, w którym mieszkam. Z reguły śnią mi się nieużywany dotąd pokój, łazienka lub balkon. Raz znalazłem się przed oknem z widokiem, którego z jakiegoś powodu nigdy nie czułem potrzeby oglądać. Wszystkie te przestrzenie są, naturalnie, inspirowane czymś wziętym ze świata realnego, a moje rzekome mieszkanie jest w istocie wariacją na temat miejsc, w których kiedyś mieszkałem bądź przebywałem. Podobne sny można różnorako interpretować. Chowa się za nimi zapewne czy to pojawiająca się czasami tęsknota za przeprowadzką w bardziej przestronne miejsce, czy to romantyzowanie tego, co jest, czy też niezrealizowany od dwóch lat plan zagospodarowania balkonu. Zawsze jednak zbywałem te sny jako po prostu barwne i znaczące, ale jednak fikcyjne, wytwory mojej nieświadomości.
Z błędu wyprowadził mnie wieszak na pranie. Pewnego dnia stał na balkonie i wywrócił się pod wpływem wiatru. Gdy zszedłem na podwórko sprawdzić, czy jakaś część bielizny spadła na trawnik, dokonałem straszliwego odkrycia. Nigdy nie zwiedziłem ślepego zaułka znajdującego się za rogiem bloku. Ja, dumny eksplorator przestrzeni niereprezentacyjnych, obskurnych i konwencjonalnie nieciekawych, od pięciu lat miałem w zasadzie dosłownie pod nosem przestrzeń, w którą nigdy nie zajrzałem. Istnieje wytłumaczenie dla tego uchybienia: w zaułek nie prowadzi żaden chodnik ani żadna wydeptana ścieżka, nie znajdowało się w nim też nic spełniającego jakąkolwiek utylitarną funkcję. Jeśli widziałem, że ktokolwiek szedł w jego stronę, to były to najczęściej bawiące się dzieci, rzadziej ludzie z psami. Takie tłumaczenia są dla mnie jednak jak wymówka. To niedopatrzenie ugodziło w mój etos.
Zaułek poszedłem zwiedzić niedawno, któregoś październikowego popołudnia. Rzeczywiście, nie ma w nim wiele: trochę trawnika, murek porośnięty bluszczem, parę drzewek i krzewów, lichy przyrząd do ćwiczeń (jeden), płot sąsiedniego obiektu. Do tego jeszcze balkony i okna mieszkań wychodzące na tamtą stronę podwórza. Bluszcze, drzewa i krzewy wyglądały za to pięknie w barwach swojego cyklicznego schyłku, a nowa perspektywa na dobrze znane z okien mojego mieszkania elementy krajobrazu była umiarkowanie ciekawym doznaniem. Najważniejsze było jednak to, że nadrobiłem w końcu ten wstydliwy detal. Można znów z czystym sumieniem powiedzieć, że swoje znam i wrócić do chwalenia cudzego. Jeśli coś mi się jeszcze przyśni na jego temat, nie zawaham się wrócić i napisać o tym znów do „Magla”.
Z wieszaka na pranie najpewniej nic nie spadło.

