Etymologia na talerzu, czyli palcem po mapie śladami rabarbaru.

Gdy niepozorne pytanie przeradza się w bezsenną noc, nie pozostaje nic innego, jak chwycić kolejny kawałek ciasta i rozpocząć lingwistyczną podróż od Indii wzdłuż Wołgi aż po ogródek babci.

AUtor: klaudia kruk

Ostatnio wróciłam do domu i zastała mnie niespodzianka – ciasto z rabarbarem. Niby nic wielkiego, a jednak. Po pierwsze, było naprawdę spore, a po drugie, upiekł je mój tata, który w kuchni bywa rzadko, ale jak już bywa, to zawsze jest coś dobrego. A tym razem było to ciasto z rabarbarem. Zjadłam prawie całe. Było pyszne. Pyszny rabarbar – z działki babci. Rabarbar – rabarbara – Barbara – moja babcia. Ale mniejsza z tym. Autor ciasta, cukiernik pierwsza klasa, mój tata, jakoś późno w nocy zadał jedno niepozorne pytanie: ciekawe skąd wzięło się słowo rabarbar? I nie wiem, jakoś to ze mną zostało, nie dawało spać i teraz piszę to o pierwszej w nocy. Jak stoicie usiądźcie, jak siedzicie połóżcie się, bo oto zapraszam na etymologiczny rollercoaster.

Rabarbar to według PWN roślina o dużych liściach osadzonych na długich, mięsistych, jasnoczerwonych, jadalnych łodygach. No w sumie nic dodać, nic ująć. Wymowa: ra-bar-bar. Swoją drogą, totalny koszmar dla osób z rotacyzmem. Inna nazwa: rzewień. Okazuje się, że ta jest bardziej oficjalna. Rabarbar goły i wesoły, rzewień stoi na baczność w garniturze i lakierkach.

Oprócz rzewienia, rabarbar występuje też pod nazwą rebarbara, a do polskiego przywędrował z niemieckiego Rhabarber (ciekawe czy dobre fryzurki robi). Barber z kolei pochodzi z łacińskiego rhabarbarum lub rhumbarbarum, czyli dosłownie Wołgi barbarzyńskiej – cokolwiek to znaczy. W sensie znaczy to tyle, że Rha – dawna nazwa Wołgi – tam sobie pięknie rabarbar rósł, a barbarum– obcy, barbarzyński – nierzymski. Wkoło Wołgi to może sobie rósł w Europie, natomiast tak rósł rósł to w Azji. Głównie południowo-wschodniej: Chiny, Tybet. Do Europy na ogromną skalę dotarł w XVI wieku transportowany Jedwabnym Szlakiem. Wtedy nie było autostrad, więc zanim dotarł do Polski, minęły trzy wieki – dopiero w XIX wieku uprawialiśmy go na sensowną skalę.

Swoją drogą, pozwolę sobie na krytykę najpopularniejszego języka obcego świata. Po angielsku jest to rhubarb bądź pieplant. Co prawda ta druga nazwa jest niezmiernie adekwatna do przyczyny napisania tego tekstu, ale no, umówmy się, trochę od czapy. Poza tym Cambridge Dictionary wskazuje ją jako informal, więc tego się trzymajmy i udajmy, że nie istnieje. Brzmi trochę jak eggplant, a tych to ja nie lubię. Ta nazwa też jest niezmiernie kreatywna, amerykańska, więc lepiej używać aubergine i nie kaleczyć angielskiego.

Aubergine zostało zapożyczone z francuskiego, do którego trafiło z katalońskiego, które z kolei wzięło się z arabskiego al-bāḏinjān. Obecnie wiele krajów Europy Zachodniej posługuje się aubergine. Z kolei cała słowiańska paczka ma wariacje bakłażanu. U nas to rusycyzm, który tam trafił, po kilku mało istotnych przekształceniach, z indyjskiego sanskrytu vātiṅgaṇaḥroślina, która zapobiega wiatrom; chodziło o coś z układem trawiennym. Ciekawostka: po polsku również mamy dwie nazwy na to fioletowe coś. Oberżyna – spolszczone z francuskiego aubergine.

Ale wracając do eggplant, kiedyś znanego jako vegetable egg. Słowo powstało w okolicach 1763 roku – biała odmiana warzywa wyglądała podobnie do kurzego jaja – większej filozofii nie ma. Podobnie z pieplant – nazwa pochodzi od wykorzystania. No naprawdę, mało pomysłowi ci Amerykanie. I jak już wytłumaczyłam wszystkie inne słowa, to normalne, angielskie rhubarb – też z francuskiego, wcześniej, oczywiście z łaciny.

Ogółem z parami rhubarb – pieplant i aubergine – eggplant to jest tak, że to ciekawsze słowo ma sensowną genezę, a to drugie spopularyzowali Amerykanie.

Dochodzi druga – idę spać. Fascynujące do czego może doprowadzić jedno niewinne, ale pyszne, ciasto. Niesamowity ten ludzki mózg. O nim można pisać dłużej niż o rabarbarze, ale to może kiedy indziej. Jeszcze tylko dodam, że rabarbar jest cennym źródłem błonnika (3,2 g w 100 g). Inne plusy – witaminka C (w końcu piecze w język) i niska kaloryczność (15-21 kcal w 100 g – można jeść i jeść i nie tyć). Ponadto w małych ilościach ma działanie zapierające, a w dużych przeczyszczające – taki all-rounder – czego potrzeba w tym pomoże. I last but not least – działanie przeciwnowotworowe. Niewiele wiem o biologii, ale po takim opisie każdemu bym zalecała pobiec do warzywniaka (oprócz osób z chorobami nerek i kobiet w ciąży, podobno jakieś skutki uboczne przy przedawkowaniu). Jedzcie rabarbar skoro już wiecie, skąd się wziął.