Dla tych, którym tęskno za górami

Parę słów o psychologii środowiskowej i spontanicznej górskiej wycieczce.

Autor: Katarzyna Wolan

Czasem zastaje nas taki zimowy weekend. Kiedy akurat nie mamy żadnych planów, a warszawska pogoda nie rozpieszcza ani śniegiem, ani słońcem. Za oknem szarówa, plucha i miejski zgiełk. Cóż więc zrobić, gdy dopada nas taka chandra? Czasem warto na przykład zmienić otoczenie i wyjechać chociażby w nie tak dalekie polskie góry.

Wychodzę z przyjaciółką w sobotni poranek, który jest w zasadzie środkiem zimnej nocy, i udajemy się na warszawski dworzec. Wiadomo, że nie są to optymalne warunki, by przy takiej aurze wyrywać się w środku snu spod ciepłej kołderki i pędzić na pierwszy poranny pociąg. No ale czego się czasem nie robi, by poczuć zew przygody.

Widać już pierwsze promienie słońca, a my docieramy do Krakowa, gdzie czeka nas przesiadka do busa w kierunku wytęsknionego Zakopanego. Mimo niewyspania zaczynam czuć zbliżającą się przygodę i tę ekscytację, bo  w trakcie górskich wycieczek, zawsze przydarza się coś nieoczekiwanego. Po około dwóch godzinach drogi przy dobrej aurze widać już pierwsze zarysy ukochanych Tatr. Widok ten zawsze napełnia mnie niewytłumaczalnym spokojem.

Dojeżdżamy na miejsce. Pozostaje jeszcze tylko znaleźć jeden z lokalnych busików, który akurat jedzie do naszego miejsca docelowego – Palenicy Białczańskiej. O tej porze, w zimowe popołudnie, kiedy siąpi drobny deszcz, a wokół topią się rzadkie płaty pierwszego śniegu, droga do Morskiego Oka jest wyjątkowo pusta. W powietrzu czuć krystaliczną wilgoć górskiego powietrza, a wszechobecna zieleń przyjemnie koi zmysły nadszarpnięte całotygodniowym warszawskim harmidrem.

Ale to nie terapeutyczna rola natury jest tu tematem przewodnim, ponieważ jest ona oczywista i pewnie większości znana. Jest bowiem jeszcze jeden element górskiej przestrzeni, który często tworzy najlepsze i najbardziej nieoczekiwane wspomnienia – schroniska górskie. Drewniane chaty, większe lub mniejsze, gdzie stłoczeni wędrowcy siedzą przy drewnianych stołach i przy misce ciepłej zupy (która tu smakuje jak nigdzie indziej) dzielą się swoimi doświadczeniami i górskimi rozterkami.

Co sprawia, że czujemy się tu tak dobrze? Że nagle człowiek, którego pierwszy raz widzimy na oczy, opowiada nam o swoich życiowych problemach? Albo że nagle stajemy się ekspertami w planowaniu wycieczki, kiedy widząc grupę mniej doświadczonych turystów, podpowiadamy im, którą trasę lepiej wybrać na jutrzejsze przejście? Że siadamy przy jednym stole i ot tak, po prostu, wdajemy się w rozmowę?

O tym właśnie uczy nas stosunkowo nowa i mało rozpowszechniona psychologia środowiskowa. Według badaczki Lily Bernheimer, autorki Potęgi przestrzeni wokół nas, to, co widzimy dookoła, ma na nas dużo większy wpływ niż może nam się wydawać. Bo dlaczego w pewnych miejscach praca umysłowa idzie nam tak dobrze, a w innych co chwilę mamy ochotę zerkać na nieszczęsnego TikToka? Nasze mieszkania, ulice i przestrzenie publiczne warunkują nasze zachowania w zaskakujący sposób. Czy wiedzieliście, że samo usytuowanie biurka w pomieszczeniu może wpłynąć na naszą koncentrację? Albo że to, na jakim piętrze mieszkamy, może wpływać w pewnym stopniu na poziom stresu psychologicznego? Nie wspominając już o oświetleniu, czego „najlepszym” przykładem mogą być znienawidzone przez wysoko wrażliwe osoby „jarzeniówki”, których ostre, sztuczne światło nadwyręża ich układy nerwowe.

A co to ma wspólnego ze schroniskiem, do którego docieramy tuż przed nadejściem zmroku?

Trochę przemoknięte siadamy, by zjeść coś ciepłego i „poczilować” sobie po niezbyt długiej wędrówce, ale za to dość długim dniu. I dowiadujemy się już, że siedzący obok niebieskooki blondyn w średnim wieku zabrał tu swoich przyjaciół – małżeństwo z długoletnim stażem – by pokazać koledze góry przed poważną operacją. A ta młoda dziewczyna, która siedzi obok, przyjechała tu sama wchodzić na Szpiglas. Odważnie w takich warunkach. Po trzeciej próbie torowania drogi ostatecznie się poddała, a teraz spogląda na mapę w poszukiwaniu alternatyw na jutrzejszy poranek. Tak sobie więc rozmawiamy, trochę o rzeczach górskich, trochę o życiu. Czasem poważnie, a czasami po prostu o tym, jak tu fajnie tak sobie teraz siedzieć i pić piwo. Wiadomo, im więcej tego trunku, tym tematy stają się coraz bardziej poruszające. Życiowe problemy i rozterki, historie ludzkich serc. A przecież można powiedzieć, że się wszyscy praktycznie nie znamy.

Wyobrażacie sobie taką sytuację w popularnym Nero na Krakowskim? Czy to góry tak zbliżają ludzi. Może to naturalna ludzka potrzeba jednoczenia się w otoczeniu dzikiej natury, która otacza nas z każdej strony? A może to niesamowita przytulność tych drewnianych chat z ciepłym, niezbyt intensywnym światłem i wszechobecnymi pamiątkami z dawnych czasów. Takie miejsca mogą nam dawać poczucie domowego ogniska i schronienia wśród otaczającej nas dziczy – jeśli tutaj dziczą można nazwać kilometry asfaltu i drewniane barierki nad Morskim Okiem. Tak czy inaczej, po rozmowach trwających do godzin nocnych idziemy spać, by następnego dnia cieszyć się górskim porankiem i ciepłą herbatą z widokiem na legendarnego Mnicha. Ten widok, choć tak oczywisty, chyba nigdy mi się nie znudzi.

Z weekendu wracamy naładowane pozytywną energią i gotowe na kolejny tydzień pełen wejściówek i referatów. I z taką refleksją: jak to wspaniale czasem usiąść do stołu, zjeść wspólny posiłek i otworzyć się na drugiego człowieka. Gdzie nieważne jest, co osiągnął, czy udało mu się dotrzymać „dedlajnu” albo jak się ubiera. Gdzie liczy się tylko to, że żyjemy na tak pięknej planecie i mamy okazję ją podziwiać i cieszyć się z bycia tutaj. Teraz. Przy tej misce gorącej zupy.