Tekst: Mateusz Kozdrak
Ostatnio miałem okazję przeżyć niebywale satysfakcjonujący powrót do przeszłości. Dostałem od jednego kolegi z lat szkolnych wiadomość: Miałbyś ochotę pyknąć w lola? Cały skład gimnazjalny ogarnięty, brakuje piątego. Uczucie nostalgii, które mi wtedy towarzyszyło, było nie do opisania. Tej jakże okrutnej gry nie miałem okazji włączać od jakichś dwóch lat minimum, ale wizja powrotu do lat minionych była zbyt silna, więc skusiłem się na kilka rundek. I muszę przyznać, że to był jeden z najlepszych momentów w moim życiu ostatnimi czasy. Zdecydowanie nie było to związane z powrotem na Summoner’s Rift, tu chodziło o powrót na komunikatory głosowe, możliwość pogrania i pośmiania się ze znajomymi, tak jak to było za czasów, gdy największą trudnością była kwestia, czy zda się sprawdzian z fizyki następnego dnia.
Te kilka wieczornych godzin spędzonych przed komputerem zwiększyło moją samoświadomość odnośnie tego, co do tej pory udało mi się osiągnąć. Mianowicie podczas grania w godzinach sugerujących, że zaraz zmieni się data o jeden dzień do przodu, nikt nie wchodzi mi do pokoju i nie każe nie drzeć się tak, a najlepiej to już w ogóle wyłączać komputer. A dlaczegóż to? Ponieważ od kilku lat mieszkam sam (no oczywiście jest jeszcze kot Rondel, ale jemu na szczęście darcie się nie przeszkadza), dzięki swojej pracy jestem w stanie sam się utrzymać i w pełni dyktować swoim życiem. Na co dzień ciężko jest to odczuć, ciągle praca, uczelnia, Magiel, inne obowiązki, aż człowiek zapomina o takich podstawach. Pamiętam, jak całe dzieciństwo nie mogłem doczekać się momentu wyjścia na swoje – w końcu będę robić, to na co mam ochotę, nikt mi nic nie będzie mógł zakazać, pełna wolność. I ja faktycznie od kilku lat w tej wolności żyję, ale ten fakt niespecjalnie przebijał się do mojej świadomości.
Dobrze, ale na razie mówię o tym, jak jest wspaniale, że mogę robić co chcę i tak dalej. Niemniej tytuł tego felietonu nie napawa aż takim optymizmem. Otóż jeżeli ktoś nie wie, czym jest gra Cywilizacja, to pokrótce wytłumaczę. Jest to gra strategiczna, w której zarządza się wybraną przez siebie cywilizacją, a celem jest zdobycie jak najwięcej punktów poprzez rozwój swojego państwa na różnorakie sposoby. Oczywiście rozgrywka możliwa jest w trybie dla wielu graczy i do tego piję w tym tekście. Bo o ile w takiego lola można zagrać sobie jeden czy dwa mecze i nie powinno to zająć więcej niż dwa ruchy małej wskazówki zegara, o tyle rozgrywka w Cywilizację to już zabawa na wiele godzin, gdzie często wczytuje się zapis kolejnego dnia, by ją kontynuować. I naturalnie, jak można się domyśleć, z kolegami też kiedyś grywaliśmy w ową produkcję.
Myślę, że z faktów przedstawionych w tym tekście można wysnuć kryjącą się za nim tezę – jeżeli w ogóle rzadko kiedy mamy czas żeby zagrać w cokolwiek, to co powiedzieć o grze, która wymagać będzie wielu godzin przed komputerem. Nawet jeżeli mamy czas raz się spotkać, to szanse na to, że w ciągu tego spotkania taka rozgrywka zostanie zakończona są nikłe, a kolejna okazja szybko nie nastanie. Co za tym idzie mamy tutaj brutalny upadek romantycznych wizji chłopców znających się od gimnazjum, w których wszyscy zakładaliśmy, że jak już będziemy dorośli, to na luzie będziemy mogli grać często. Przecież będzie tylko praca lub studia i potem wolne, nikt od nas nie będzie wymagał pójścia spać przed północą albo uczenia się, bo następnego dnia czeka nas jakiś ciężki sprawdzian. W rzeczywistości zebranie się piątki osób w jednym momencie brzmi dziś jak rozwiązanie zadania z gwiazdką.
Stąd też moje pełne obaw rozmyślania, czy będzie nam dane jeszcze kiedyś zagrać w Cywilizację? Poziom trudności z czasem będzie tylko rósł, ktoś bardziej postawi na swoją karierę zawodową, ktoś wyjedzie do innego kraju, ktoś założy rodzinę. Czasami myślę, że jak dożyjemy wszyscy do emerytury i nasze oczy będą jeszcze działać, to czy wtedy nastanie czas, w którym w końcu włączymy komputery, zalogujemy się na czat głosowy i nocami będziemy przesiadywać grając w gry z czasów, gdy byliśmy nastolatkami aż po kres naszych dni.


