Czas Najwyższy

Spóźniony autobus, sprint do pociągu – codzienny wyścig by zdążyć na czas.

Tekst: Dawid Szczęsny

Wbiegam na peron równo z pociągiem relacji Warszawa Zachodnia–Siedlce. Wbiegać bym nie musiał, gdyby tylko warunki drogowe pozwoliłyby kierowcy MZA linii 123 przejechać swoją trasę zgodnie z rozkładem. Nie narzekam, nadrobił 3 z 5 minut opóźnienia, a to, w połączeniu z niedługim sprintem pozwoliło mi dostać się na upragniony pociąg. W imię czego to wszystko? Zastanawiam się, siedząc lekko zdyszany na zielonym fotelu Kolei Mazowieckich. Odpowiedź przychodzi sama i to bardzo szybko – czasu.

O ile lepiej jest zapłacić tę podwójną stawkę biletu u maszynisty, niż czekać kolejną godzinę na dworcu. Czas – ten najbardziej ze wszystkich upragniony surowiec. Przecież jakiekolwiek poszukiwania tajemniczej fontanny młodości były podyktowane posiadaniem nieograniczonych wręcz pokładów tej niefizycznej materii. Jest to element rzeczywistości, którego nie udało się podporządkować człowiekowi – bo powstanie zegara, w jakiejkolwiek formie by on nie był, nie jest formą podporządkowania, a raczej obserwacji. Im głębiej zaczynam o tym myśleć, tym bardziej dochodzi we mnie do wewnętrznego podziału. Jedna strona usprawiedliwia mnie, że ta nagłość w ruchu była podyktowana słusznymi pobudkami. Druga pomstuje do nieba na ten niepotrzebny pośpiech, przecież byłby kolejny pociąg, że jak to dałem się wciągnąć w ten wyścig szczurów? Jestem jak ten korpoludek, bo śmiałem pośpieszyć na oczekiwany powrót do macierzy?

Pociąg jednak nie jest tutaj dobrym miejscem na szukanie odpowiedzi. Do stacji docelowej docieram po 40-minutowej podróży. Nie szukam jednak autobusu ani taryfy, nie dzwonię po wsparcie w postaci zmotoryzowanych oddziałów znajomych lub moich szanownych Staruszków. Ruszam w tę wędrówkę do domu z nadzieją, że znajdę odpowiedź. Najłatwiej byłoby przyznać rację mądrzejszym ode mnie – powiedzmy, że musimy zachować środek, najlepiej złoty. Czy jednak to będzie odpowiednie podejście, a może lepiej zacząć cicho, lub bardziej otwarcie, faworyzować jedną ze stron? W końcu czas powinniśmy wykorzystywać jak najbardziej produktywnie, automatyzować wszelkie procesy tego wymagające i delegować wszystko, co nadaje się do delegacji. Religia efektywności nie przekonuje mnie w pełni, ale jak mógłbym nie przyznać jej racji w tym, że najcenniejszego z zasobów nie wolno marnować? Czyli może powinniśmy wyjść poza wąskie ramy procesu i skupić się na przedmiocie. Tutaj znowu pojawia się pytanie, czy powinniśmy poświęcać czas na to, co chcemy, czy na to, co powinniśmy robić? Czy chcemy tego, co powinniśmy? A jeśli nie?

Mija kolejne trzydzieści parę minut marszu, a ja nie jestem bliżej odpowiedzi, nie wiem nawet czy zbliżam się do niej, czy stoję w miejscu. A przecież ten, kto stoi w miejscu się cofa, a jednocześnie trzeba sobie dać moment, żeby zatrzymać się i odpocząć. Czy wobec tak podniosłego tematu nie byłoby aroganckie zajęcie jednego silnego i bezwzględnego stanowiska? Możliwe, że powinniśmy ten problem rozstrzygnąć na drodze demokracji parlamentarnej. Skoro możemy znieść podział na czas letni i zimowy, to może powinniśmy regulacjami prawnymi wydłużyć dobę? Ciekawe, która opcja polityczna podniosłaby taki postulat, a która sprzeciwiałaby mu się. Debata publiczna mogłaby być bardzo interesująca, ale mogłaby też doprowadzić do chaosu, kiedy część społeczeństwa przeszłaby na 48-godzinną dobę, podczas gdy druga zostałaby przy bardziej tradycyjnych regułach podziału dnia.

Odpowiedzi nie znajduję, tymczasem czas biegnie nieubłaganie. Zbliżają się deadline’y, ale też i koniec zmiany. Wracam z pracy około północy i celowo wydłużam drogę do domu, powoli przemieszczając się wymarłymi arteriami miasta. Jestem więźniem czasu, którego w żaden sposób nie rozciągnę. Moje indywidualne doświadczenie tego elementu wszechświata nie zmieni tego, jak będą postrzegali go inni. Dalej nie wiem, co robić z czasem oraz jak powinniśmy go wykorzystywać. Mogę jedynie żyć w poszukiwaniu odpowiedzi – czas pokaże, czy ją znajdę.