Co, jeśli nagrody nie istnieją?

Krótka rozmowa o tym co jest, a nie co mogłoby być, czyli jak nie przegapić tego co mamy przed swoim nosem.

Autor: Zosia Winiarska

Wyobraź sobie, że wszystko, co robisz w życiu, nie przyniesie Ci ani nagrody, ani rozczarowania. Nie rzucasz palenia, by dodać sobie lat życia. Nie biegniesz maratonu, by poczuć triumf na mecie ani nie ćwiczysz języka dla certyfikatu. Po prostu to robisz. Czy w takim świecie jest miejsce na szczęście? Jak je wtedy zdefiniujesz?Pracujemy na sukces, uczymy się po dyplom – każda z tych rzeczy ma swoje zakończenie, gratyfikację, która pozwala poczuć nam się lepiej. Przecież za ciężką pracę należy nam się nagroda. Tylko czy sprawia ona, że rzeczywiście czujemy się szczęśliwi?

Przez pół roku życia w Hiszpanii, gdy w Polsce zaczynała się pora zimowa, ja codziennie budziłam się do promieni słonecznych i bezchmurnego nieba. Jestem przekonana, że do tej pory witamina D w moim organizmie utrzymuje się na ponadprzeciętnym poziomie, mimo że od tej historii mija już rok. Teraz piszę ten tekst otulona w 3 warstwy ubrań, grube skarpetki, przykryta kocem i marzę o tym, by chociaż raz na tydzień przez najbliższe miesiące zobaczyć promienie słońca nad Warszawą. 

Wspominam o tym, bo każdego dnia, chodząc po ulicach Barcelony, doceniałam każde uczucie ciepła światła na mojej skórze. Byłam za to wdzięczna. To jest moja definicja szczęścia.

Jest ulotne, bo nasz umysł ma tę dziwną zdolność adaptacji – gdy osiągnęliśmy cel, zaczynamy pragnąć czegoś więcej – jakby to, co już posiadamy, traciło na wartości w obliczu nowych pragnień. Gonienie króliczka zawsze jest bardziej ekscytujące niż moment, gdy go złapiemy, a trawa po drugiej stronie płotu zawsze wydaje się bardziej zielona. Jesteśmy przyzwyczajeni do niekoncentrowania się na tym co jest, lecz na tym,  co mogłoby być. To nas zjada, zabija nasze szczęście. A wcale nie musi być ono chwilowe ani uzależnione od wyniku. Przez to, że każdy z nas definiuje je inaczej, nie ma obiektywnej opinii o tym, co może je wywoływać. To my decydujemy, co uznajemy za swoje szczęście, ale pogoń za nim nie sprawi, że poczujemy się szczęśliwi –już samo przekonanie, że musimy je gonić, zakłada, że w tym momencie go nie mamy.

Narzekanie, wdzięczność i szczęście to słowa, które bez siebie nie istnieją. Są powiązanie niewidzialną nicią, która splata je w całość. Nie da się być szczęśliwym narzekając, a narzekanie nigdy nie sprawi, że będziemy czuć wdzięczność. Ta pętla spowoduje u nas ciągłe poczucie braku i nieustającą zachłanność, która nigdy nie pozwoli dosięgnąć postawionej poprzeczki. Być może brak, który czujemy, nie jest brakiem rzeczy materialnych czy osiągnięć, a pustką, którą próbujemy wypełnić kolejnymi zdobyczami i sukcesami. Zapominamy o odczuwaniu szczęścia, o przeżywaniu go. Jesteśmy tak skupieni na tym, by za wszelką cenę osiągnąć sukces, że nie zwracamy uwagi, jak naprawdę się czujemy. Mimo, że są to stwierdzenia niezmiennie powtarzane, mam wrażenie, że w obliczu ich oczywistości i trywialności zupełnie je pomijamy. Bo przecież wszyscy wiemy, że pójście na fajną randkę, impreza ze znajomymi, obronienie dyplomu, to chwile, które sprawią, że poczujemy się zadowoleni, szczęśliwsi – chociaż na moment. Jednak prawdziwym wyzwaniem jest to, by to szczęście zostało z nami na dłużej. By żyło w naszej głowie. 

To my jesteśmy swoją największą przeszkodą do odczuwania szczęścia. Nasz wewnętrzny krytyk i sabotażysta nigdy nie pozwala nam cieszyć się z czegoś za bardzo. Zawsze jest jakieś „ale”. Zdecydowanie łatwiej jest dostrzegać to, co negatywne, niż przyznać, że mamy wokół siebie wszystko, co może uczynić nas szczęśliwymi. Hiszpańskie słońce prawdopodobnie nie wydawałoby się tak piękne, gdybym codziennie skupiała się na brudzie i tłoku barcelońskich ulic.

I niech będzie to jasne: szczęście dla mnie to nie to samo, co bycie pozytywnym. Każdy nosi swoje brzemię, beznadziejne momenty są częścią naszego życia, a udawanie, że nic się nie dzieje przynosi odwrotne skutki. Szczęście nie wynika z unikania negatywnych doświadczeń, ale z umiejętności ich przeżywania i wyciągania wniosków. Dlatego nie połykajcie swoich łez, dajcie im popłynąć, a złość, którą w sobie trzymacie przelejcie na papier. Ignorowane emocje mają tendencję do powracania ze zdwojoną siłą w najmniej oczekiwanych momentach. Dlatego, zamiast z nimi walczyć, warto nauczyć się z nimi współpracować.

I tak wracam do pytania, które zadałam na początku: Co, jeśli nie ma nagrody ani rozczarowania za to, co robisz? Rzucasz wszystko, do czego dążysz, czy podejmujesz decyzje, których nigdy byś nie podjął z obawy przed porażką, a może życie traci dla Ciebie sens? 

Gdzie będziesz szukać swojego szczęścia?