Tekst: Adam Pantak
O tym, jak wygląda od środka branża modowa, na co powinny uważać początkujące modelki oraz o trudnych pierwszych krokach jako producentki ubrań, rozmawiamy z Leną Olkowicz, stylistką, obecnie współpracującą z polską marką My Claire.
Magiel: Kiedy odkryłaś, że chcesz stylizować ludzi?
Lena Olkowicz: Od zawsze ciągnęło mnie do mody. Jako mała dziewczynka bawiłam się lalkami z moją siostrą. Przeszkadzało mi wtedy, że ubrań dla lalek jest za mało. Z tego powodu zaczęłam przeglądać strony internetowe i wymyślać, w co mogłabym ubrać moje zabawki. Później w podstawówce założyłam bloga, na którym zamieszczałam pierwsze wpisy, z czasem miejsce bloga zajął Instagram. Przez dłuższy czas byłam przekonana, że w przyszłości zostanę dziennikarką modową. Szczerze mówiąc, nie wiedziałam, że istnieją jakiekolwiek inne zawody związane z tą branżą. Moją kolejną pasją było aktorstwo. Chodziłam na zajęcia musicalowe. Od prowadzących słyszałam, że mam w sobie duży potencjał i powinnam spróbować dostać się do szkoły teatralnej. Problem w tym, że traktowałam odtwarzanie emocji na scenie nieco zbyt poważnie, przez co wiele mnie to kosztowało. Zdałam sobie sprawę, że aktorstwo nie jest dla mnie. W drugiej klasie liceum zobaczyłam ogłoszenie o stażu w „Harper’s Bazaar”. Zgłosiłam się i mnie przyjęli.
Jak ich do tego przekonałaś?
Moja przyszła szefowa zobaczyła moje posty na Instagramie i to sprawiło, że postanowiła mi zaufać. Już pierwszego dnia dostałam bardzo odpowiedzialne zadanie: musiałam pojechać do kilku butików i wybrać ubrania pasujące do tematu sesji. Oczywiście w każdej chwili mogłam zadzwonić do stylistki i skonsultować z nią wybory, jednak ciężar decyzji spoczywał na mnie. Przed tym stażem nie do końca zdawałam sobie sprawę na czym polega zawód stylistki. Po kilku tygodniach tam odkryłam, że to jest to, co chciałabym robić w życiu. Zaraz po zakończeniu stażu zaczęłam współpracę z jedną ze stylistek, później z następną i kolejną. Pracowałam przy reklamach, programach telewizyjnych np. dla TVN Style.
Skąd zatem decyzja o pójściu na studia prawnicze?
Byłam ambitna! (śmiech)
Miałaś poczucie, że bycie tylko stylistką to za mało?
Tak. Początkowo chciałam iść na dziennikarstwo. Jednak podczas składania dokumentów zorientowałam się, że na UKSW mogę składać papiery też na prawo. Tu wystarczyły zaledwie dwie rozszerzone matury, podczas gdy UW wymagał aż trzech. Pomyślałam więc: czemu nie? Kiedy się dostałam, po prostu głupio było mi zrezygnować. Widziałam siebie jako prawniczkę modową, zaangażowaną w rozwiązywanie sporów w tym środowisku. Na pierwszym roku byłam bardzo zaangażowana w studia, brałam udział w dyskusjach, podobało mi się.
Co sprawiło, że rzuciłaś studia?
Odkąd je zaczęłam, zarzuciłam pracę w modzie. Nie byłabym w stanie pogodzić całodziennych planów zdjęciowych z zajęciami na uczelni. Bardzo mocno odczuwałam jednak brak kontaktu ze światem sztuki i mediów. Z drugiej strony: pamiętałam jak niepewną pracą jest bycie stylistką. Jednego dnia masz projekt, drugiego zostajesz z niczym. Nie masz żadnej gwarancji stałego zatrudniania, a co za tym idzie stałego zarobku. Bałam się, że mogę utracić poczucie bezpieczeństwa. Prawo wydawało się tego zaprzeczeniem. Po pierwszym roku studiowania zaczęłam pracę w agencji, która reprezentuje włoskie marki modowe na rynku polskim. Przez dwa lata łączyłam pracę ze studiowaniem. W końcu jednak zdałam sobie sprawę, że prawo mnie nudzi i zrezygnowałam. Okazało się, że to, od czego zaczynałam, jest tym, co chcę robić w moim życiu. Choć trzeba pamiętać, że bycie stylistą nie jest wcale takie kolorowe, jak się wydaje postronnym obserwatorom.
No właśnie! Jak to wygląda od kuchni?
To wbrew pozorom bardzo wyczerpująca fizycznie praca, która nie polega tylko na chodzeniu po ekskluzywnych butikach (śmiech). Często musisz przewieźć z miejsca na miejsce ponad dwadzieścia toreb z zakupami o wartości kilkudziesięciu tysięcy złotych. Za wszystko jesteś odpowiedzialny. Dużo w tym także tabelek, wyliczeń itp. Dodatkowo praca na planie nie trwa standardowych osiem godzin, ale dwanaście, czasem nawet szesnaście. Myślę, że mało kto by się na to zdecydował.
Później wyjechałaś do Mediolanu na kontrakt. Skąd pomysł by spróbować być modelką?
Od dawna słyszałam od znajomych i ludzi z branży, że powinnam nią zostać. Zresztą rozmowy z agencjami modelek prowadziłam jeszcze jako szesnastolatka. Jedna z nich zaproponowała mi kontrakt pod warunkiem usunięcia pieprzyka na twarzy. Odmówiłam. Jednak, gdy teraz odezwała się do mnie inna agencja, powiedziałam sobie: czemu nie? Mam dwadzieścia trzy lata, to ostatni moment by spróbować. Spędziłam trzy miesiące w Mediolanie, potem byłam jeszcze w Atenach. Nie wiem, czy modeling to jest coś, w co chciałabym zaangażować się całą sobą. Zresztą stawianie wszystkiego na swój wygląd jest niezbyt rozsądne. Nie wiem, czy słyszałeś, ale ostatnio jedna młoda modelka miała wypadek. Wybuchła jej kuchenka. Pomimo operacji plastycznej, na pewno nie będzie wyglądać tak jak kiedyś. Wyjazd do Włoch potraktowałam raczej jako szansę na rozwój osobisty. Odnajdowanie się w nowym miejscu, na zupełnie innym rynku pracy to jest wyzwanie.
Jak to wygląda w praktyce? Mieszka się z innymi modelkami?
Tak. We Włoszech jedno mieszkanie było podzielone na kilka mniejszych mini apartamentów z osobną sypialnią, kuchnią i łazienką. W Grecji było nas kilka w jednym pokoju, więc warunki były słabsze.
Jak wyglądał twój dzień? Chodziłaś codziennie na castingi?
Tak. Codziennie wieczorem dostajesz listę castingów na następny dzień. Często tego samego dnia musisz być w trzech różnych miejscach, na przeciwległych krańcach miasta.
I tak każdego dnia?
We Włoszech trafiłam na okres, w którym był sporo mniej castingów niż zazwyczaj. Miałam więc sporo wolnego. Tylko, że to niestety nie oznacza wcale beztroskiego spędzania czasu. Zawsze trzeba być pod telefonem. Przykładowo, teraz siedząc z tobą i pijąc kawę, mogłabym dostać sygnał z agencji o castingu i po prostu musiałabym wyjść i tam pojechać. Nie ma co jednak przesadnie demonizować (śmiech). Oczywiście mogłam umówić się z agencją na dwa dni wolnego i wyjechać wtedy do Rzymu, by po prostu cieszyć się tym pięknym krajem.
Czy wobec początkujących modelek stawia się jakieś konkretne wymagania? Musiałaś przestrzegać specjalnej diety albo chodzić na siłownię?
Agencje w żaden sposób nie ingerują w to, jak dbasz o siebie. Masz określone wymiary, których musisz się trzymać. To, w jaki sposób ci się to udaje, nikogo nie obchodzi. Choć może powinny, bo niektóre bardzo młode dziewczyny zdecydowanie przesadzają z restrykcjami. Prawie nic nie jedzą.
Przyznam, że zupełnie nie znam tego świata. Interesuje mnie, czy w naszym pokoleniu zaszły zmiany w stosunku do tego, co było dwadzieścia lat temu. Każdy chyba słyszał o głodzących się modelkach, którymi nikt się nie przejmował. Albo niepełnoletnich dziewczynach z dala od domu, które zaczynały eksperymentować z narkotykami. Jak to dziś wyglądało z twojej perspektywy? Miałaś poczucie bycia zaopiekowaną?
Myślę, że bardzo dużo zależy od agencji. Moja była pod tym względem bez zarzutu. Wydaje mi się, że alkohol i narkotyki, mimo że bardzo powszechne w tym środowisku, to nie są raczej pozytywnie postrzegane przez agentów. Jeśli chodzi o niepełnoletnie dziewczyny, to były one znacznie mocniej kontrolowane. Pilnowano by wracały na noc do domu. Istnieje więc coś w rodzaju odgórnego zabezpieczenia, pytanie tylko, na ile jest ono skuteczne?
Słyszałeś o jakichś niebezpiecznych sytuacjach, np. że komuś przytrafiło się coś złego?
Nie, nie słyszałam. Co ciekawe, w ogóle dużo częściej słyszałam o tym, że komuś coś dosypano do drinka w Polsce niż we Włoszech. Mediolan jest dosyć imprezowy. Natomiast w Atenach nasze życie towarzyskie sprowadzało się do chodzenia na siłownię i później kolację. Bardzo spokojne, wręcz nudne życie.
Po powrocie do Polski wróciłaś do pracy jako stylistka. Ciekawi mnie to, jak w tej branży wygląda angaż do projektu?
To zależy. Niekiedy reżyser projektu po prostu ciebie zna, wie, jak pracujesz i czego może się od ciebie spodziewać. Nie oszukujmy się, w tym środowisku bardzo wiele zależy od kontaktów. Im masz ich więcej, tym częściej jesteś zatrudniany. Pomocne bywa także dobrze zrobione portfolio albo przemyślany profil na Instagramie. To są twoje wizytówki. Niestety nie da się zaaplikować przez żaden formularz albo portal rekrutacyjny, jeśli chodzi o pracę na planach. W przypadku eCommerce istnieje taka możliwość, wówczas podpisujesz normalną umowę o pracę i pracujesz na etat.
Czy po tych kilku latach w branży czujesz, że masz już wyrobioną bazę kontaktów? Możesz być spokojna o zatrudnienie?
Nie. Cały czas towarzyszy mi poczucie, że zaraz wszystko może się skończyć.
Rozmawiałaś na ten temat ze starszymi koleżankami z branży? Pytałaś ich, czy one mają poczucie stabilności?
Nie rozmawiałam o tym ze stylistkami, ale z makijażystkami, fotografami i operatorami. Z tego, co mi mówili, wynika, że nawet po latach nie można być pewnym pracy. Bywają miesiące, że pracujesz bez przerwy, a bywają takie, w których nie robisz prawie nic. Wszystko zależy od okresu, liczby projektów, szczęścia. Tak to niestety wygląda w branży kreatywnej. W pewnym momencie po prostu się do tego przyzwyczajasz.
To znaczy, że trzeba bardzo mądrze planować wydatki. Są na pewno osoby, choćby dyrektorzy działu modowego w dużych czasopismach, którzy mogą liczyć na stabilność?
Tak, to prawda. Jeśli kierujesz zespołem ludzi w „Vogue’u” i jesteś zatrudniony w oparciu o umowę o pracę, to możesz czuć się bezpiecznie. O ile oczywiście ktoś nie postanowi rozwiązać z tobą współpracy. Ja jestem wciąż na etapie budowania mojego portfolio, dlatego nie znam osobiście osób, które nigdy się nie martwią o pracę. Myślę, że to są już naprawdę starzy wyjadacze, którzy są w branży od dawien dawna. W moim przypadku wielkim plusem jest stała współpraca z „My Claire”, to daje mi poczucie bezpieczeństwa. Oczywiście zawsze pozostaje pójście do agencji twórców, ale żeby się tam dostać musisz mieć już naprawdę mocne portfolio.
Zdarza ci się ubierać zwykłych ludzi? Kto korzysta z usług profesjonalnego doradcy? Dlaczego się na to decyduje? Czy powodem jest brak gustu czy brak czasu?
Stosunkowo rzadko, ale zdarza mi się ubierać zwykłych ludzi. Często ich zapotrzebowanie na stylistę wynika z braku świadomości jak zestawiać ze sobą ubrania albo po prostu potrzeby, żeby ktoś spojrzał na ich garderobę świeżym okiem. Wiele osób nie wie w czym dobrze wygląda. W trakcie takiej konsultacji dokonuję przeglądu szafy i zastanawiam się jakie nowe połączenia są możliwe. Ludzie bardzo często źle dobierają rozmiary ubrań. Nie zawsze to co wygląda świetnie na wieszaku, będzie prezentowało się równie dobrze na człowieku.
Jacy ludzie pozwalają sobie na taki kaprys? Domyślam się, że nie jest to tania usługa. Powiedziałbym wręcz, że w powszechnej świadomości może uchodzić za ekstrawagancję.
W takim razie zaskoczę cię! Z mojej pomocy korzystają najwzyklejści ludzie. Nie nazwałabym ich bogaczami. To nie jest cykliczna praca. Zazwyczaj wystarcza jedna konsultacja. Często ludzie zaczynają pracę w nowej firmie i potrzebują porady odnośnie dress code. Inny przykład: klient lubi dany styl, ma pewne ogólne oczekiwania, ale nie wie który produkt najlepiej się nada. Styliści zazwyczaj znają najnowsze kolekcje, potrafią wybierać jakościowe produkty w korzystnych cenach. Często w cenie poliestrowej marynarki z Zary możesz kupić jej znacznie bardziej jakościowy odpowiednik z niszowej marki.
Ile czasu poświęcasz na śledzenie trendów w modzie?
Robię to cały czas! (śmiech). Ostatnio byłam w kinie i szlam przez galerię handlową. Nawet wtedy automatycznie zerkam na wszystkie mijane witryny i śledzę co nowego się pojawiło. Leżąc w łóżku, przeglądam strony internetowe sklepów.
Nie czujesz nigdy przesytu?
Nie, to moja pasja. Myślę, że to może być nudne, kiedy siedzisz przed komputerem przez dwa, trzy dni bez przerwy i przygotowujesz moodboard do projektu. Wtedy chodzi o znalezienie konkretnych rzeczy pasujących do wizji sesji. Ale w innych sytuacjach, oglądanie ubrań, zwłaszcza dobrych projektantów, dostarcza mi mnóstwo przyjemności.
Co robisz teraz?
Pracuję jako stylistka. Działam też jako swego rodzaju ambasadorka polskiej marki My Claire. Przygotowuje dla nich treści na mediach społecznościowych, podpowiadam internautkom jak łączyć ze sobą konkretne modele ubrań proponowanych przez My Claire. Dodatkowo wraz z moją przyjaciółką przygotowujemy własny projekt – naszą własną markę modową.


