Autorka: OLA PISZCZYK, ZDJĘCIE: Patryk Rosiński
Ola Piszczyk: Jesteś studentką zarządzania na Uniwersytecie Warszawskim za dnia, a wieczorami grywasz w klubach w całej Polsce. Jakbyś opisała siebie jednym zdaniem?
Azdra: O mój Boże. Jednym zdaniem? Jestem osobą, która nie lubi nudy.
Jak udaje Ci się łączyć studia dzienne na zarządzaniu z wyjazdami, braniem udziału w konkursach, tworzeniem nowej muzyki?
Hmm… Ciężko. Muzykę zawsze stawiam na pierwszym miejscu i przez to moje studia często cierpią, ale jest to już kwestia dobrego zaplanowania życia. Chciałam studiować, dlatego wybrałam sobie taki kierunek, który nie będzie zawadzać. Gdybym wybrała inny, a miałam taką możliwość, to mogłoby być z tym ciężej. Jakichś specjalnych porad na to nie mam. Jako osoba z ADHD wciąż odkrywam ten cały świat „time managementu” i sama próbuję się tego uczyć.
Jak zaczęła się Twoja przygoda z konsolą?
Chciałam zostać producentką muzyczną, zaczęłam się uczyć produkcji. Mój przyjaciel zaproponował mi wtedy, żebym poszłam na kurs didżejki z Wixapolonią. Myślałam, że bardziej wolę pracę w studiu i bycie DJ nie jest dla mnie. Postanowiłam jednak spróbować. Jakoś tak wyszło, że od tamtego momentu, didżejka zawładnęła moim życiem i produkcja poszła na bok. Zaczęło się to samo kręcić. Odkryłam w sobie, że jednak lubię występować przed publicznością, chociaż nigdy nie uważałam się za taką osobę. To wydarzyło się jakoś tak po prostu i dalej trwa.
Kiedy to było?
Na początku 2022 roku.
Na czym polegały warsztaty Wixapolonii?
Uczestniczyłam w dwóch rodzajach warsztatów – pierwsze trwały jeden, drugie pięć dni. To były kursy dla początkujących – czyste podstawy. Skierowane dla dziewczyn i osób queerowych. Dużo uporządkowały i udało się nawiązać fajne kontakty. Jeśli nie masz okazji uczestniczyć w takiej inicjatywie, warto jest poprosić znajomych DJ-ów o wprowadzenie. Jednak istoty fachu nauczysz się jedynie poprzez praktykę. Inaczej gra się do ściany, a inaczej do publiczności.
Jakbyś opisała polską scenę DJ-ską? Albo chociaż tę warszawską.
Według mnie polska scena bardzo różni się od warszawskiej. W Warszawie ciężko jest zaczynać, rzadko daje się szansę nowym osobom. Mam to szczęście, że na samym początku swojej kariery dołączyłam do wrocławskiego kolektywu. Gdyby nie to, nie wiem, czy moja przygoda potoczyłaby się tak sprawnie. Często dostaję pytania, czy jestem też jestem z Wrocławia (śmiech). Nie, nie jestem. Nie byłam i nie sądzę, że będę.
Czyli społeczność warszawska jest dosyć zamknięta?
Tak, to na pewno. W Warszawie podzieliłabym scenę na underground i to, co widzi szersza publiczność. Ciężko jest zorganizować coś mniej znanym artystom. Ceny najmów i warszawska gentryfikacja to coś szalonego. Trudno znaleźć miejsce, w którym można po prostu zrobić imprezę. Tutaj jest większe parcie na duże wydarzenia, gdzie zaprasza się znane nazwiska. Mam wrażenie, że w innych miastach ta społeczność jest bardziej spójna.
Zaczynałaś w kolektywie BONHEUR…
Dalej jestem.
Czy uważasz, że można się wybić bez takiego zaplecza, nie będąc częścią większej grupy?
Tak, większość osób, które znam zaczynały lub nadal grają solo. U mnie to potoczyło się w sposób niespodziewany. Nie umiałam jeszcze dobrze grać, a już znalazłam wsparcie u innych osób, za co jestem mega wdzięczna. Oczywiście, to ułatwia – masz swoją zaufaną grupę ludzi, od której możesz się uczyć, która cię wspiera, prowadzi. To jest fajne. Na pewno trudniej się odnaleźć bez takich koneksji, ale są osoby, które nie są w kolektywach, a i tak bardzo dobrze się w tym wszystkim odnajdują. W tej branży networking jest kluczowy.
A jak to wygląda w przypadku kobiet? Czy szklany sufit jest widoczny?
Powiedziałabym, że jest ciężko z innego względu niż ludzie mogą myśleć. Szklany sufit to nie tylko sytuacja, w której ktoś aktywnie utrudnia komuś rozwój. Do tej pory, nie miałam osobiście sytuacji w której odczułabym to od strony zaplecza. Częściej spotykam się z negatywną reakcją publiczności na kobiety w line-upie. Nieraz miałam sytuacje online czy też na żywo, że mężczyźni z widowni patrzyli na mnie uprzedmiotawiająco. Zamiast oceniać moją muzykę, ludzie komentowali moje ciało lub ubiór. Obok Ciebie stoi kolega, któremu ci sami ludzie później mówią, że dobrze zagrał. To bardzo zniechęca. Chciałabym, żeby myślenie o kobietach się zmieniło. Żeby dziewczyny dostawały propsy za to, co robią, a nie komentarze odnośnie ich wyglądu. „Ona dostaje bookingi, bo jest ładna” – takie teksty słyszałam też od innych babek. Niestety, slutshaming jest wszechobecny. Mam nadzieję, że to, co robi Wixapolonia pójdzie dalej. Trzeba skończyć z rywalizacja między dziewczynami i przeświadczeniem, że jest miejsce tylko na jedną. Moim zdaniem powinno być więcej dziewczyn, które działają na scenie.
Jak można pokazać dziewczynom, że na scenie znajdzie się miejsce dla wielu, nie tylko dla jednej?
Tylko poprzez wspieranie w siebie nawzajem. Wsparciem, a nie hejtem, możemy stworzyć społeczność, w której młode dziewczyny nie będą się bały zaczynać i w której dla każdej znajdzie się miejsce. Rzadko na plakatach pojawiają się żeńskie ksywki, co może zniechęcać. Bookerzy w ogóle nie starają się przestrzegać parytetów czy promować dziewczyn.
Czy myślisz, że warsztaty takie jak te Wixapolonii zmieniają podejście publiczności i bookerów?
Myślę, że tak. Na pewno te warsztaty pchają dziewczyny do działania. Ja przez długi czas nie sądziłam, że jako laska mogę iść w elektronikę. Nie znałam żadnych dziewczyn, które grają czy producentek. Przez to nie wiedziałam, że taka możliwość dla mnie w ogóle istnieje. Takie warsztaty są zaproszeniem dziewczyn do świata muzyki, trochę jakby ktoś powiedział: „chodź jest taka przestrzeń, w której nie będziesz oceniana”. Wixapolonia zawsze prowadziła te warsztaty mega na chillu. Nigdy nikt nie skrytykował mnie, za to, że czegoś nie wiedziałam ani że robiłam coś „nieprofesjonalnie”.
Jeśli chodzi o stosunek publiczność to uważam, że dzięki takim warsztatom ma szansę się zmienić. Wixapolonia ma line-upy wyłącznie dziewczyńskie i queerowe. Jest bardzo różnorodna pod względem gatunków czy artystów i ludzie to doceniają. Także faceci.
Co do bookerów – szczerze nie wiem. Chcę wierzyć, że jest postęp w tym temacie, ale nie jestem pewna czy go widzę.
Ważne jest, aby wyróżniać się na tle innych. Trzeba wyrobić sobie pewną markę. Jak ten proces przebiegał u ciebie?
Do Bohnheur dołączyłam przez konkurs z Facebook’a, nie wiedząc wtedy jeszcze nic o scenie. Nagrałam coś dla nich i jakoś tak wyszło, że przyjęli mnie do ekipy. Jakiś czas temu bardziej doświadczona DJ-ka dała mi taką radę i myślę, że to ważne: „pokazuj się”. Jeśli masz okazję nagrać jakiś set – nagrywaj go. Wiem, że niektórzy ludzie wprost proszą o bookingi. Osobiście wolę po prostu do skutku grindować (śmiech). Jeśli ktoś daje ci bramkę, ogłasza, że szukają kogoś – nie wstydź się. Nawet jeśli uważasz, że nie masz jeszcze umiejętności – spróbuj. Nigdy nie wiesz, na kogo trafisz. Może stać się to okazją do networkingu. Trzeba mieć też mieć w sobie otwartość na poznawanie ludzi i nawiązywanie kontaktów.
Zaczynałaś wtedy grać pod innym pseudonimem – Stella. Teraz jesteś szerzej znana jako Azdra. Skąd ta zmiana?
Moim zdaniem należy robić rzeczy, nawet jeśli one nie są idealne. Po prostu zaczęłam grać – bez pomysłu na stylistykę czy to, co chciałabym sobą reprezentować. Dopiero uczyłam się warsztatu, dlatego właśnie występowałam pod swoim własnym imieniem. Jednak po tym roku, gdy już głębiej osądziłam się w scenie, zrozumiałam jak ona działa, doszłam do wniosku, że chciałabym oddzielić te dwa aspekty życia od siebie. Myślę, że to pomaga w pracy. Prywatnie mogą dziać się różne rzeczy, a wystąpić musisz i wtedy potrzebna jest zmiana mindsetu – teraz odstawiam prywatę na bok, jestem Azdrą. A sama Azdra to Astra (z łac. gwiazda – przyp. AP), tylko stwardzona. Myślę, że pasuje do dosyć ciężkiego typu muzyki, jaki gram.
Jak wyglądała Twoja droga do odnalezienia swojego muzycznego stylu? Tego, co chcesz robić?
Próbowanie wielu rzeczy. Od dosyć wolnej muzyki typu groove po występy na Wixapoloniach, gdzie grałam 200 bpm, hardcory. Patrzyłam, co mnie kręci. To była trudna decyzja, żeby skupić się na jednej niszy, bo kocham ogólnie muzykę. Gdybym mogła, to grałabym wszystko, zależnie od mojego humoru. Jednak, według mnie, jeśli chce się być w czymś dobrą, trzeba niestety się jasno określić. Ja poszłam z tym, co najbardziej mnie jara – czyli hard techno. Moja historia to przede wszystkim uczenie się na błędach. Zbierałam doświadczenie, a gdy miałam wystarczająco dużo wiedzy, podjęłam decyzję. Chodzi o to, żeby wybrać to, co jest zgodne z tobą, a takie rzeczy się po prostu wie.
Pamiętam jeden z Twoich pierwszych gigów we Wrocławiu, organizowany przez Bohneur, po którym byłaś zupełnie załamana, myślałaś, że poszło Ci fatalnie, ale później okazało się, że wszyscy byli zachwyceni, dostałaś dużo pozytywnego feedbacku. Jak z perspektywy czasu patrzysz na te początki?
Mam wrażenie, że ciągle jestem na początku (śmiech). Jara mnie to, że zarówno widzę swój progres, jak i wiele rzeczy, których mogę się jeszcze nauczyć. Nie chcę się odłączyć od tej przeszłości – być zupełnie inną osobą, która nagle sądzi, że już wszystko wie i wszystko umie. Nadal zdarzają się błędy, ale za każdym razem coś z nich wynoszę i się nie poddaję.
Ostatnio ziomek pytał mnie, czemu jestem taka wyluzowana i optymistyczna. Myślę, że doświadczenie uodparnia. Momentami czujesz się spełniona, bo zagrałaś taki dobry set – masz wystrzał dopaminy, jest zajebiście. Czasem wydaje ci się, że poszło tragicznie. Może zdarzyć się tak, że z różnych powodów nie dowiozłaś, nawet publiczność nie jest zadowolona. Wtedy ważne jest, żeby być dla siebie wyrozumiałym i pamiętać, że to jest droga, podczas której będą zdarzać się różne sytuacje. Najlepiej wyciągnąć z tego wnioski i iść dalej. Ja pamiętam ten set. Miałam nadzieję, że o nim nie wspomnisz (śmiech). Pierwszy raz grałam w klubie i to od razu na main stage’u, na prawdziwym sprzęcie klubowym. To nie był kontroler podpięty do komputera, ale zaawansowany sprzęt, którego ja w tamtym momencie jeszcze nie umiałam używać. Ziom zapytał mnie, czy bym nie zagrała z nimi, a ja się w tydzień próbowałam tego nauczyć. Wszystko mi się tam posypało.
Jak się wtedy czułaś? Co zmotywowało Cię do powrotu?
Wydawało mi się, że to koniec świata, wszystkie perspektywy zostały już stracone, nigdy więcej już nie wystąpię. Po czym zagrałam kolejny raz, i kolejny. Kilka razy jeszcze miałam podobne odczucia, po czym przychodziły kolejne okazje i to coraz lepsze. To dalej się kręci. Tobie może wydawać się, że to koniec świata, ale ludzie nie będą długo o tym pamiętać. Najważniejsze jest wyciągać wnioski i lecieć dalej. Jeśli jest to coś, co kochasz, to wiesz, że nie możesz bez tego żyć. Więc jakie masz opcje – poddać się? No nie. To nadaje twojemu życiu sens, więc robisz to dalej.
No właśnie, bo czasami zdarzają się jakieś wpadki – zrobisz źle jakieś przejście czy coś nie tak zmiksujesz albo też jakieś problemy techniczne, niezależne od ciebie, że sprzęt nagle przestanie działać…
Jak Grimes (śmiech).
więc jak sobie radzisz z takimi sytuacjami podczas występu?
Lecę dalej, szukam rozwiązań. Nie ma opcji, że zejdę. Ktoś mnie zabookował na ten występ, ktoś mi za ten występ zapłacił i ludzie też po coś przyszli. Jeszcze nie na moją ksywkę, ale jednak przyszli, żeby się dobrze bawić. Więc nawet jeśli się sypie, nawet jeśli ja nie czuję się na siłach, to fake it till you make it. Coś zawiedzie technicznie – okej, stał się. Może ktoś zauważy, może nie, ale trzeba grać dalej. A 80% czasu twój wewnętrzny krytyk mówi ci, że okropnie grasz, a publiczność nawet nie wie, co ty robisz na tymi deckami. Ludzie chcą się bawić. Chcą, żeby leciała muzyka i póki ona gra, to jest to już połowa sukcesu. Muzyka musi lecieć, nawet jak się sypie.
W tym konkursie, o którym wspomniałaś główną nagrodą był występ na nich imprezie. Ty wtedy nie zajęłaś żadnego miejsca, ale i tak dołączyłaś do kolektywu. Wydaje mi się, że ważne jest, by się nie zrażać. Jak pokazuje twój przykład – gdzie zamykają się drzwi, tam otwiera się okno.
Tak, dołączyłam do kolektywu jako osoba „do bycia w ekipie”. Powiedzieli mi, że nie za dużo umiem jeszcze, ale wydaję się być fajna (śmiech). Zaprosili mnie, bym działała z nimi. Teraz jestem rezydentką projektu, pomagam w ogarnianiu mediów społecznościowych. Jednak z początku nie byłam w ekipie DJ-em, ale stałam się nim poprzez pokazywanie tego, co robię. Trzeba się pokazywać, bo nikt cię sam nie znajdzie. Ludzie muszą o tobie usłyszeć. Jest na to wiele sposobów.
Na przykład?
Jednym z nich jest właśnie nagrywanie setów na konkursy. Ważne jest rozwijanie własnej marki. Dużo ludzi stawia teraz na content. Jest duże parcie na działanie w internecie. Podstawą własnej marki często jest też bycie producentem. Myślę, że własna muzyka to najbardziej autentyczna forma ekspresji. Poza tym, to bardzo dynamiczna branża. Są okresy zastoju, kiedy nie masz żadnych bookingów – tak po prostu jest. Zaraz z kolei masz seta w każdy weekend miesiąca. W takich momentach ciszy, ja zajmuję się rzeczami, które mogę robić w domu – nagrywanie promo mixów, pracę nad warsztatem, produkowanie muzyki.
Skąd czerpiesz inspiracje do tworzenia własnej muzyki?
Głównie od słuchania innych artystów, chodzenia do klubów. To polecam każdemu. Jeśli jest taka możliwość, możesz podpatrzeć co ktoś robi za deckami, oczywiście taktownie. Zawsze też można oglądać występy live lub rolki na Instagramie. Poprzez obserwowanie techniki innych, możesz zaczerpnąć wiele inspiracji. Tutaj nie ma twardych reguł – moi znajomi często robią coś zupełnie inaczej niż ja. To wszystko tworzą ludzie dla ludzi, dlatego jest dużo różnych szkół, każdy ma swoje podejście. Nie można zamykać się na jeden gatunek, bo zawsze znajdzie się coś co możesz przełożyć na swój pod względem produkcji czy grania. Potrafią z tego wyjść naprawdę fajne rzeczy.
Kto jest Twoją największą inspiracją?
To będzie mega sztampowe, ale VTSS. Pamiętam jeszcze, jak dopiero wchodziłam w techno i zobaczyłam taką laskę w internecie, która gra. Pamiętam, że pomyślałam wtedy, że to mogłabym być ja. Gdy się dowiedziałam, że ona jest w dodatku Polką, to wtedy mi się coś w mózgu przestawiło. Wow to jest możliwe, żeby Polka doszła na podium światowej sceny. Niektórzy się z niej śmieją, że już nawet nie jest Polką. VTSS uświadomiła mi, że jako kobieta, jako Polka, się da i to jest dla mnie naprawdę duża inspiracja. Gdybym się nie natknęła na jej twórczość, nie wiem, czy poszłabym w tym kierunku.
Tutaj wracamy znowu do reprezentacji kobiet i warsztatów Wixapolonii. Mam wrażenie, że dużą przeszkodą dla dziewczyn jest przekonanie, że to nie miejsce dla nich, że może nie dadzą rady. Funkcją tych warsztatów jest to, by zachęcić dziewczyny do spróbowania.
Wydaje mi się, że tak. Gdy zaczynałam, nie wiedząc, jak działa scena, byłam przerażona. Muzyki elektronicznej słuchałam od dawna, ale byłam świeża w temacie tego, co gra się w klubach. Myślałam sobie – „Boże tyle facetów, jak ja się z nimi dogadam?”. Czasem się zdarza, że jesteś jedyną laską w line-upie. Musisz chodzić do klubów ogarniać wszystko, gadać z promotorami, bookerami, którzy są dwa razy starsi od ciebie. To może być bardzo onieśmielające. Tworzenie miejsc dla dziewczyn i queerowych osób, gdzie nie ma takiej presji, jest mega ważne. Zyskujesz przestrzeń, w której możesz zacząć na spokojnie. Daje ci to moc, zaczynasz wierzyć w siebie, a potem idziesz i bierzesz swoje. Przestajesz się tego bać.
Jaką radę dałabyś dziewczynie, która chce zacząć swoją przygodę z didżejką?
Wstawiaj swoje rzeczy do internetu i się tego nie bój! Zawsze będzie tak, że gdy spojrzysz na nie z perspektywy czasu, będziesz je krytykować i widzieć coś, co mogłaś zrobić lepiej. Jednak gdy zaczniesz się pokazywać ludziom, dopiero wtedy zaczynasz dostawać okazje. Żyjemy w czasach, kiedy jest łatwiej niż kiedykolwiek i trzeba z tego korzystać. Ja dalej z tym walczę. Jestem dosyć prywatną osobą, nie lubię za dużo wstawiać i zawsze cringuję, gdy muszę robić kontent do sieci. Warto przebrnąć przez ten wstyd, bo dopiero wtedy będziesz mieć szansę się na feedback. Działanie w internecie to klucz. Pokazywać się i grindować. Always on your grind i nie poddawać się. Nawet jeśli coś jest nie tak, to wstawiaj, bo nigdy nie wiesz, kto może tego odsłuchać. Nie wiesz, kto poda to dalej, może to zacząć żyć własnym życiem. To Twoje portfolio – nie twórz do szuflady.
https://www.facebook.com/azdra.dj/?locale=pl_PL
https://www.instagram.com/azdra__dj

