Ciąg dalszy Anomalii

Co zostaje, gdy kończy się wiersz? Olga Wojciechowska o swojej drodze poetyckiej.

AUtor: aleksandra jaworek

Olga Wojciechowska – poetka, absolwentka Szkoły Aktorskiej Haliny i Jana Machulskich, twórczyni internetowego pamiętnika Anomalie Myślowe – opowiada o trzech tomikach, które zamknęły pewien rozdział, i o tym, czego szuka tam, gdzie kończy się wiersz, a zaczyna scena.

AJ: Jak rozumiesz słowo „anomalie” w kontekście strony na Facebooku i pierwszego tomiku? W końcu anomalia ma wiele znaczeń: coś niepożądanego, odbiegającego od normy, ale też coś co się wyróżnia. Jak ty to rozumiesz?

OW: Często tak mam z różnymi rzeczami – nawet kiedy piszę – że nie zastanawiam się nad ich znaczeniem. One po prostu do mnie przychodzą. Myślę, że z tą nazwą było podobnie. Różne słowa same się pojawiają, nie do końca na poziomie świadomym. Z tekstami mam tak samo – często dopiero po czasie rozumiem, jakie uczucie było we mnie w momencie pisania. Jeśli chodzi o znaczenie „anomalii”, to dzisiaj myślę, że może w jakiś sposób nie czułam się zrozumiana i nie pasowałam do tego, co widziałam wokół siebie. Miałam wrażenie, że inni lepiej radzą sobie ze swoimi emocjami i nie analizują wszystkiego tak mocno, jak ja. W tamtym czasie było to dla mnie trudne, ale jednocześnie stało się paliwem do rozpoczęcia przygody z pisaniem.

W jakim wieku pierwszy raz coś opublikowałaś?

Myślę, że miałam około 15 lat. Od dziecka próbowałam pisać – opowiadania, teksty piosenek. To przychodziło naturalnie. Na pewno inspiracją były moje doświadczenia życiowe. Pisanie było dla mnie sposobem na rozmowę z ludźmi, z którymi nie miałam odwagi porozmawiać – także z samą sobą. To była najbardziej naturalna forma wyrażania siebie. Startowałam w konkursach poetyckich w szkole, więc stopniowo wychodziłam do ludzi. Jeśli chodzi o działalność w sieci, przez długi czas pozostawałam anonimowa. Podpisywałam się tylko jako „O.”. Wszystko działo się małymi krokami.

Jak wygląda twój proces twórczy?

To często stereotypowe siadam przy biurku i piszę. Lubię też kawiarnie – takie miejsca mają swój klimat. Kiedyś, jeszcze w liceum, pisałam wszędzie, nawet w autobusie. W pierwszej pracy w call center pisałam wiersze między połączeniami. Zdarzało mi się tworzyć bardzo skomplikowane formy – na przykład wiersze przypominające krzyżówki. W tamtym czasie miałam w sobie dużo energii do eksperymentów formalnych. Dzisiaj jest trochę inaczej – może stałam się bardziej wygodna, może bardziej przebodźcowana. Wolę usiąść w jednym miejscu, poczuć wewnętrzny klimat i nie rozpraszać się.

Kiedy siadasz do pisania, tworzysz jeden tekst czy kilka? Wracasz do nich później, poprawiasz?

Zdarza się, że jeśli już usiądę, napiszę kilka tekstów naraz. Rzadko do nich wracam i poprawiam. Kiedy tekst powstanie, zazwyczaj czuję, że jest gotowy. Może w pewnym sensie boję się go ruszać. Boję się, że to już nie będzie prawda, bo prawda o danym uczuciu mogła być tylko w tamtym jednym momencie.

Czy gdybyś dziś sięgnęła po pierwszy tomik, byłby nadal aktualny?

Myślę, że rdzeń nadal jest ten sam. Czuję, że to wszystko gdzieś we mnie głęboko zostało. Natomiast w aktualnym życiu niektóre rzeczy napisałabym inaczej. Wciąż rozumiem tamte emocje i potrafię do nich wrócić, ale mam już inną perspektywę Z pewnymi rzeczami przestajemy się utożsamiać, bo zmienia się nasz światopogląd, zdobywamy nowe doświadczenia. Te teksty pozwalają mi zajrzeć do tego, co wtedy czułam – i to jest dla mnie ważne.

A zdarza ci się wracać do dawnych tekstów i nie być z nich do końca zadowoloną?

Dziś niektóre teksty ujęłabym inaczej, zarówno pod kątem emocjonalnym, jak i technicznym. W pierwszych wierszach szukałam swojego stylu – nie był jeszcze wyraźnie ukształtowany. Dziś mam poczucie, że jest bardziej ugruntowany. I to bywa też niebezpieczne, bo łatwo wejść w powtarzalność – poruszać się w tych samych rejonach, które są już znane i bezpieczne. To trochę tak, jakbyś znała każdy płotek i murek w swoim ogrodzie – wiesz, gdzie usiąść, gdzie jest wygodnie. A przecież chodzi o to, żeby czasem wyjść poza ten ogród i zobaczyć, co jest dalej. Myślę, że teraz jestem na takim etapie – próbuję wyjść ze swojej strefy komfortu. Może nie tyle zmienić tematykę, co spojrzeć na nią z innej strony. Gdybym miała to porównać do obrazu z kamery: wcześniej skupiałam się bardziej na szerokim planie, a teraz chciałabym wejść w detale. Być bardziej uważna. Bardziej otwarta na inne odcienie tej samej emocji. Bo tematyka w gruncie rzeczy pozostaje podobna – tęsknota, przemijanie. To są motywy, które noszę w swoim „plecaku”. Może nie ciążą, ale jest ich tam najwięcej.

A ta tęsknota zawsze dotyczy czegoś konkretnego?

Nie, nie zawsze. Często tęsknimy za czymś, co trudno nazwać. Może nawet za czymś, czego realnie nigdy nie było – ale skoro istnieje w naszej głowie, to w pewnym sensie jednak jest. Myślę, że ja czasem tęsknię za taką naiwnością i brakiem świadomości. I za czymś, co musiało pozostać tylko złudzeniem, a co było dla mnie na tyle prawdziwe, że na samą myśl potrafią napłynąć łzy do oczu.  

Inspirujesz się wyłącznie własnym doświadczeniem, czy także otoczeniem?

Ludzie są bardzo ważni w mojej twórczości. Bez obserwowania ich i ich zachowań to byłoby coś zupełnie innego. Dużo podróżuję pociągami i nie zawsze mam przy sobie słuchawki. Zasłyszane rozmowy, czyjeś przemyślenia, często zostają we mnie i później wracają w tekstach – niejednokrotnie jako temat przewodni. Czasem aż dziwię się, jak bardzo jesteśmy do siebie podobni. Że mamy tyle wspólnych rozterek, choć przecież zupełnie inne życia. Ta powtarzalność ludzkich dylematów jakoś mnie uspokaja.

Wymieniłabyś 5 twórców, którzy wywarli największy wpływ na twoją poezję?

Z pewnością jest to Wiesław Myśliwski – za niezwykłą celność w nazywaniu zjawisk dotyczących człowieka, Haruki Murakami – za to, że jego książki są jak spotkanie z bratnią duszą, Jarosław Borszewicz – „Mroki” za każdym razem łamią mi serce. Jeśli chodzi o muzykę, to Stromae –  za to, jak łączy swoje poruszające, często bolesne teksty z tanecznymi melodiami. Takie kontrasty bardzo do mnie trafiają. No i oczywiście Anna Świrszczyńska – moja ulubiona poetka. Kocham jej twórczość za pewnego rodzaju surowość i realizm, ale nie bezosobowy – raczej bardzo intymny, mocny, kobiecy.

Przeglądałam komentarze na twoim Instagramie i mam wrażenie, że skupiasz wokół siebie osoby o podobnej wrażliwości. 

Dzięki mojej stronie poznałam wiele osób, z niektórymi dziś się nawet przyjaźnię. Jestem za to bardzo wdzięczna. Myślę, że w tym przypadku działa zasada „podobne przyciąga podobne”. Raczej nie przeciwieństwa.

Napisałaś kiedyś na Facebooku, że twoja strona jest trochę jak pamiętnik. Nie uważasz, że pamiętnik to także zapis relacji — naszych reakcji na innych i ich odpowiedzi na nas?

Tak, jak najbardziej. Publikując, daję sobie przyzwolenie na to, żeby ten pamiętnik stał się zaproszeniem do dialogu. I wtedy przestaje być tylko mój. Bardzo mnie cieszy, gdy dostaję wiadomości „ja też tak mam”, „to mi pomogło”. To utwierdza mnie w przekonaniu, że słowa mają moc łączenia ludzi i że mogą być wsparciem – nawet te smutne. Chyba czasem podświadomie wyobrażam sobie, że tam po drugiej stronie jest jakaś jedna osoba, której chciałabym to wszystko przekazać.

Dla mnie najważniejsze jest stworzenie przestrzeni wzajemnego zrozumienia. Bo, owszem, można powiedzieć „jestem smutna”, ale czasem to nie jest tylko smutek. To milion różnych odczuć, które trudno uchwycić jednym słowem. Myślę, że ludzie potrzebują poezji, ale takiej, która jest w stanie przebić się do ich wnętrza. Nie musi być łatwa, ani pokrzepiająca.

Uniwersalność – to jest dla ciebie ważne?

Tak, bardzo. Z pisaniem jest trochę jak z owocem – wyciskasz z niego cały sok, zostaje sama esencja. Szukasz tego, co jest najważniejsze. Bardzo trudno czasem ubrać coś w dwa czy trzy zdania. Mam wręcz wrażenie, że łatwiej napisać coś dłuższego – rozbudowany wiersz daje większe pole manewru.

Podziwiam ludzi, którzy potrafią w dwóch–trzech linijkach zawrzeć coś, o czym można by napisać cały esej. Jednym z takich autorów jest dla mnie Borszewicz. Kiedy pierwszy raz przeczytałam „Mroki”, czułam dokładnie to, co chciałabym, żeby ludzie czuli, czytając moje teksty – jakby ktoś wziął mnie za rękę i pokazał ten sam świat, doświadczenie współodczuwania.

Jakie masz wcześniejsze doświadczenia z teatrem? Praktyka teatralna wpłynęła na to jak piszesz?

Moje doświadczenie z teatrem dotyczy głównie pracy w teatrach familijnych. Będąc na scenie, za każdym razem staram się być jak najbardziej obecna – liczy się tylko ten moment, ta relacja na scenie, te pyłki kurzu w powietrzu, które widać w świetle reflektorów. Teatr nauczył mnie, i wciąż uczy, skupienia. W szkole aktorskiej również kładziono na to duży nacisk. Myślę, że podobny rodzaj obecności jest mi potrzebny podczas pisania. Tylko będąc bardzo skupiona na swoim wnętrzu, mogę się do niego dostać i przebić przez pewną pokrywę powierzchowności i codzienności.

Muszę przyznać, że pisanie i teatr traktuję jednak trochę odrębnie. Teatr zawsze był dla mnie takim drugim światem. Pisanie jest najważniejsze – to mój rdzeń. A teatr to osobna brama, do której mogę wejść, ale mogę też zostać z boku. Bardzo lubię obserwować. Pamiętam, że po ukończeniu szkoły aktorskiej, kiedy pracowaliśmy nad dyplomem, pomyślałam, że nie chciałabym pracować na etacie w teatrze. Natomiast prowadzenie zajęć czy działania edukacyjno-artystyczne – to już tak. Obecnie planuję swój autorski projekt dla dzieci i młodzieży, a może w przyszłości także dla dorosłych.

Moim obecnym celem jest także przełożenie pisania na inne formy. Czuję, że forma klasycznego tomiku poezji się dla mnie wyczerpała. Po trzech tomach mam wrażenie, że opowiedziałam historię swojego życia w trzech aktach. Gdy padło ostatnie słowo, poczułam domknięcie. Na ten moment nie zamierzam pisać czwartego tomu. Może za pięć czy dziesięć lat coś się zmieni, ale teraz czuję, że potrzebuję zmiany formy.

 Czyli rozdzielasz teatr i poezję w swoim życiu?

W swojej głowie często je rozdzielałam. Ale był moment, kiedy te światy się połączyły. Zrealizowałam projekt eksperymentalno-poetycki razem z moją przyjaciółką Joanną Świtałą. Połączyłyśmy poezję z formą teatralną. Projekt nazywał się „Motyle krwawią” i był spotkaniem dwóch kobiet. Premiera odbyła się w Warszawie, w przestrzeni Dzikiej Strony Wisły. Bardzo dobrze wspominam ten projekt i mam nadzieję, że kiedyś go reaktywujemy.

Dziś, kiedy myślę o projekcie teatralno-edukacyjnym z dziećmi i młodzieżą, zamierzam połączyć techniki teatralne z poezją. Chciałabym uwrażliwiać dzieci na piękno poezji w przystępny sposób, zanim uznają w szkole, że to nuda i że pora na ciekawsze zajęcia.

Czy teatr nadal jest dla Ciebie narzędziem odkrywania siebie?

Absolutnie tak. Myślę, że odkrywa się siebie do końca życia. Odpowiesz sobie na jedno pytanie – pojawia się kolejne. Zauważam też, jak wiele mówi nasze ciało. Czasem w głowie wydaje nam się, że wszystko jest w porządku, a ciało sygnalizuje coś zupełnie innego – przez napięcia, bóle somatyczne, koszmary. Możesz żyć spokojnie, a w nocy śni ci się coś niepokojącego i zastanawiasz się, skąd to się bierze. Teatr – jako praca z ciałem i obecnością – pozwala mi szukać tej prawdy o sobie właśnie w kontakcie z ciałem. Tam teraz widzę przestrzeń do odkrywania.

W jakim kierunku chcesz teraz podążać twórczo, kiedy nie masz w planach kolejnego tomu?

Chciałabym stworzyć swoją własną kameralną przestrzeń teatralną, która będzie otwarta na dzieci i młodzież. Coraz bardziej czuję, że dobrze odnajduję się w roli instruktora. Lubię towarzyszyć ludziom w drodze do odkrywania własnego potencjału, do odkrywania czegoś w sobie. Oprócz tego coraz mocniej zachwycają mnie filmowe kadry. Niewykluczone, że moja twórczość w social mediach będzie od teraz nieco bardziej połączona ze stroną wizualną.  

Fascynuje mnie też to, jak zmieniamy się jako ludzie. Parę lat temu nie interesowały mnie rzeczy, bez których nie mogę obyć się dzisiaj. Myślę, że to też dobry znak – nowe inspiracje nadchodzą.