Autor: Aleksandra Piszczyk
Praca dyplomowa “Bez powrotu” Eweliny Kogut to opowieść o skomplikowanej historii Łemków – o ludzkich tragediach, ale też o sile pamięci i możliwości jej odzyskania. W rozmowie z artystką odkrywamy, jak bolesne rozdziały polsko-łemkowskich relacji inspirują ją do tworzenia i czy sztuka może uchronić od zapomnienia?
Zapomniana historia
Dzieje Łemków naznaczone są zapomnieniem na wielu poziomach. Pierwszy z nich – historyczny – dotyczy wymazywania wydarzeń, jakie rozegrały się na terenach południowo-wschodnich w roku 1947. Przymusowe wysiedlenia bezpowrotnie zmieniły krajobraz tych ziem, doprowadziły do zniszczenia całych miejscowości i zapomnienia tożsamości kulturowej regionu. Kolejne pokolenia często nie mają możliwości poznać swoich korzeni wskutek traumy przodków. Zapomnieniu ulega rodzinna historia, bez której ciężko świadomie budować indywidualną tożsamość czy w pełni zrozumieć swoje miejsce w świecie.
Aleksandra Piszczyk: Jako artystka zdecydowałaś się udzielić głosu Łemkom – osobom, których kultura przez wiele lat była wymazywana – chociaż nie jesteś z nimi bezpośrednio związana. Co stało za tą decyzją?
Ewelina Kogut: Staram się, aby moja sztuka poruszała ludzi, zmuszała ich do refleksji nad tematami istotnymi, takimi jak kwestia swojego pochodzenia. Chciałabym, aby zaczęli kwestionować otaczającą ich rzeczywistość. Zajęłam się Łemkami, bo moim zdaniem pomimo upływu wielu lat nikt nie naprawił wyrządzonych im krzywd. Do dzisiaj nie odzyskali odebranych przemocą ziem. Niektórzy byli w stanie odzyskać dawną własność, płacąc ogromne sumy, innym nie udało się to nigdy. Swoją sztukę chciałam wykorzystać do przekazania im chociaż namiastki utraconej przestrzeni. Tym bardziej, że kolejne pokolenia zapominają o tożsamości swoich przodków. Ich dziadkowie ze strachu bądź wstydu nie mówili w domu o swoim pochodzeniu. Chcę, aby ci młodzi ludzie mieli możliwość refleksji, przyjęcia tożsamości łemkowskiej i mówienia o niej otwarcie w przyszłości, bądź po prostu byli świadomi swoich korzeni.
AP: Czy swoją twórczość określiłabyś mianem łemkowskiej?
EK: Wydaje mi się, że moja sztuka nigdy nie będzie do końca łemkowska. Staram się, aby wszystkie rzeczy, które tworzę, oparte były na faktach. Gdy malowałam dwa portrety – Łemkini i Łemka – zależało mi, aby mieli tradycyjne łemkowskie stroje. Musiałam przeanalizować ubiory z różnych regionów i na ich podstawie stworzyć swój obraz. Dlatego właśnie moja twórczość nigdy nie będzie prawdziwie ludowa ani łemkowska, bo wszystko jest w niej przemyślane. To, co tworzyli Łemkowie, pochodziło z głębi serca. Nie analizowali wszystkiego szczegółowo. Po prostu tworzyli.
AP: Jakie emocje chciałabyś wywołać u swoich widzów?
EK: Gdy nie ma mocnego, kontrowersyjnego przekazu, ludzie przechodzą obojętnie obok dzieł. Aby przyciągnąć uwagę widza, trzeba szokować. Dopiero wtedy dzieło może skłonić go do refleksji lub wywołać jakieś emocje. Rozmazane twarze czy czarne plamy w miejscu oczu sprawiają, że ktoś zaczyna się zastanawiać nad historią, jaka się za tym obrazem kryje. W ten sposób chciałabym wprowadzić widzów w świat Łemków. Wywołać niepokój, który, mam nadzieję, sprawi, że ludzie zastanowią się nad tym, do jakich konsekwencji takie wykluczenia mogą doprowadzić w przyszłości. Jeśli taka historia się powtórzy, to czy tym razem to nie będziemy my? Polskie losy również są bardzo tragiczne, jednak zdarza się nam zapominać, że to skrajnie negatywne nastawienie do osób o odmiennych poglądach, kulturze czy wyznaniu ma szansę nam zaszkodzić – kiedyś to my możemy znaleźć się na miejscu Łemków.
AP: W Twoich pracach jest także wiele melancholii.
EK: Tak, chciałam przekazać uczucie melancholii, które towarzyszy mi podczas odwiedzania zapomnianych miejsc. Nie tyle geograficznie, co historycznie – pewnymi wydarzeniami ludzie przestali się interesować, zdążyła je już pokryć gruba warstwa kurzu. Nie musimy być Łemkami, aby zgubić swoją tożsamość. Zapominając o historii, przestajemy być jej częścią.
W 2023 r. Instytut Pamięci Narodowej umorzył śledztwo w sprawie akcji „Wisła”. Nie dopatrzono się w wydarzeniach z 1947 roku znamion zbrodni przeciw ludzkości, a wszystkie podejmowane działania zostały, zdaniem śledczych, przeprowadzone w sposób humanitarny. Wojsko na tamtych terenach miało pojawić się na prośbę mieszkańców, aby pomóc im w przeprowadzce do murowanych domów. Sąd Okręgowy w Warszawie skierował sprawę do ponownego rozpatrzenia, uargumentowawszy to zupełnym lekceważeniem całego dorobku naukowego i opracowań historycznych wokół akcji „Wisła”. Stanowisko badaczy jest dosyć spójne – od początku była ona zaplanowana jako czystka etniczna. Decyzja IPNu była próbą wymazania i napisania historii na nowo. Negowanie lub poddawanie w wątpliwość wydarzeń historycznych służy wprowadzeniu nowej wizji przeszłości podporządkowanej interesom pewnych grup niesiąc za sobą poważne i niebezpiecznie konsekwencje. Może prowadzić do osłabienia autorytetu ekspertów czy zaufania do instytucji i stanowić furtkę do wprowadzenia, często opartych na stereotypach, teorii spiskowych.
AP: Czy uważasz, że Łemkom może zostać przywrócona sprawiedliwość?
EK: Wydaje mi się, że nikt nigdy nie będzie chciał zmierzyć się z przeszłością i głośno przyznać się do winy. To cały czas jest niewygodny temat, nawet pomimo zmiany ustroju. My, Polacy mamy tendencję do zapominania, co robiliśmy w czasie wojny, a to nie były same dobre rzeczy. Wolimy pamiętać o krzywdach, których my doświadczyliśmy. Mało mówi się na przykład na temat poniemieckiego obozu w Jaworznie, gdzie po wojnie osadzono Ukraińców i Łemków. Mam na uwadze, że to były inne czasy – ja sama nie wiem, jakbym zachowała się podczas wojny. Nie możemy jednak zapominać ani negować tego, co się wydarzyło.
Centralny Obóz Pracy w Jaworznie, utworzony w 1945 roku na terenach dawnego niemieckiego obozu, stał się miejscem represji wobec wielu grup społecznych i etnicznych. Początkowo Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego wykorzystywało go do przetrzymywania antykomunistycznych opozycjonistów oraz osób pochodzenia niemieckiego. Wkrótce jednak obóz zaczął pełnić funkcję narzędzia prześladowań także wobec mniejszości narodowych, w tym Łemków i Ukraińców. W 1947 roku, w wyniku akcji „Wisła”, liczba osadzonych Łemków znacząco wzrosła. Trafiali tam przedstawiciele inteligencji łemkowskiej, księża greckokatoliccy, a także osoby podejrzewane o powiązania z ukraińskimi formacjami zbrojnymi. Ci, którzy próbowali wrócić do swoich rodzinnych stron po wysiedleniu, również kończyli w Jaworznie. Stosowanie tortur – przemocy fizycznej i psychicznej przez strażników obozowych i „kapo”, systemu prosto wyjętego z metod stosowanych przez nazistów, a także ciężka praca i głód doprowadziły do śmierci ponad 6 tysięcy osób czyniąc tym samym obóz w Jaworznie jednym z najbardziej krwawych symboli polskiej powojennej polityki narodowościowej.
Zapomniana kultura
Pusto w cerkwi tu tylko słońce i księżyc
leżą na posadzce krzyżem
Drogą zamiast wiernych dziś mrówki idą do cerkwi
I rosną świętym w rękach kwiaty prawdziwe
(…)
I śpi łemkowski święty jak puchacz biały
W złotej dziupli ikony
Samotny jak palec jego
Do góry niesiony
- Jerzy Harasymowicz, Elegia łemkowska
O: Czym dla Ciebie jest Łemkowyna?
E: Łemkowyna jest dla mnie wspaniałym miejscem, w którym czas płynie wolniej. Moim pierwszym skojarzeniem jest spokój i zachwyt nad przyrodą tamtego regionu. Później przypominam sobie o zapomnianym cmentarzu czy niszczejącej cerkwi i ogarnia mnie poczucie niesprawiedliwości. Nie tylko przez to, jak zostali potraktowani w przeszłości Łemkowie, ale również z powodu tego, jaki stosunek ma się do nich obecnie. Ich kultura ma swój unikalny charakter – od krywulek, przez twórczość Nikifora, po pieśni weselne jak Zoriuszka, w której przecież jest tyle smutku. Łemkowyna to także pustka, której wypełnić się nie da. Po zniknięciu Łemków warunki życia tam okazały się zbyt trudne dla kogoś z zewnątrz. Ci, którzy znali te tereny, kochali je, nie mogli wrócić, i przez to powstała taka okropna pustka. Uważam, że są miejsca, które mają przypisany sobie konkretny ładunek emocjonalny pozostawiony po ludziach, którzy tam kiedyś mieszkali. To czuć od razu, jak się tam wejdzie. Są dwa takie miejsca w Beskidzie Niskim, które szczególnie zapadły mi w pamięć: opuszczona szkoła w Radocynie oraz dom w Blechnarce. Kiedy pierwszy raz weszłam do budynku — który przed okresem wysiedleń służył jako szkoła dla Radocyny (dużej jak na tamten okres wsi) — obecnie pustego, ziemnego, bez stropów, poczułam wszechogarniający mnie smutek. Z 800 domów, jakie dawniej znajdowały się na tym terenie, nie został już żaden. Radocynę uznano za wioskę banderowską i spalono podczas akcji „Wisła”. Jedynym budynkiem, jaki został, była właśnie szkoła. Dwóm Łemkom udało się tam powrócić. Łemko i Łemkini, wysiedleni stąd, zamieszkali ponownie w Radocynie. Z tego co wiem, nie byli w żaden sposób spokrewnieni ze sobą. Do lat dziewięćdziesiątych mieszkali w tej szkole – jednym budynku, jaki ostał się z ich wioski. Naokoło znajdowała się wyłącznie pustka. Ta szkoła była ich całym światem, jedyną fizyczną pozostałością z ich dawnego życia. To pokazuje, jak bardzo Łemkowie kochali swoje ziemie, jak bardzo byli przywiązani do miejsca, z którego pochodzili.
„Ja śpiewam żyłam, pięknem, które wyniosłam z gór. To było nasze bogactwo i jeszcze płaczę za nim, Boże! (…) nic nie ma, jakie lasy mieliśmy – jakie buki, jakie dęby. Wszystko pamiętam! Zawsze płaczę za górami.” – fragment filmu dokumentalnego o Łemkach Muzeum Etnograficznego we Wrocławiu.
Ewelina: Po tych dwóch osobach później została już taka naprawdę głęboka pustka – osoby raz wysiedlone powróciły do swojej małej ojczyzny, ale nie były w stanie jej odbudować. Nikt inny tam potem nie wrócił. Podobnie jest z domem w Blechnarce, niedaleko Cerkwi, który już od lat dziewięćdziesiątych stoi opuszczony. Znalazłam tam skrawek życiorysu pisany cyrylicą oraz prawosławny kalendarz – to znaki, że mieszkający w tym budynku człowiek był Łemkiem. Urodził się na tych terenach i został wysiedlony w trakcie akcji „Wisła”, później powrócił do Polski, by znowu niedługo wyjechać na roboty w Niemczech. Wiem też z innych dokumentów z tego domu, że odbył służbę w polskim wojsku. Pod koniec życia poważnie chorował, prawdopodobnie wskutek przebytej drogi i ciężkiej, fizycznej pracy, którą rozpoczął w wieku dwunastu lat. Wyjechał, ale mimo to ciągle powracał na swoją ukochaną Łemkowynę. Po jego śmierci wraz z nim umarła część tożsamości tego miejsca – to zupełnie inny rodzaj smutku.
Zapomniana tożsamość
O: Jak potomkowie Łemków odnoszą się do swoich korzeni?
Ewelina: Miałam przyjemność brać udział w wystawie poświęconej sztuce łemkowskiej, gdzie obok prac artystów pamiętających czasy akcji „Wisła” prezentowano również dzieła współczesnych twórców. Znamiennym było to, że ci pierwsi skupiali się jedynie na tym, co pozytywne – pięknie tamtych terenów, ich miłości do nich. Pomijali przy tym zupełnie krwawy wątek przesiedleń. Młodzi twórcy bezpośrednio dotykali tamtych wydarzeń ukazując ich horror. Łemkowie kochają swoją kulturę i dzięki swojej upartości oraz pracowitości dążą do ożywienia jej i uchronienia przed zapomnieniem. Mój przyjaciel o swoim łemkowskim pochodzeniu dowiedział się dopiero po śmierci babci, gdy przeglądał różne pozostawione przez nią pamiątki, w tym zdobioną łemkowskimi malowidłami skrzynię. To skłoniło go do poszukiwań i zagłębienia się w rodzinną historię. Przez te wszystkie lata jego rodzina zdążyła już zapomnieć o swoich łemkowskich korzeniach. Dzięki staraniom mojego przyjaciela udało się na nowo włączyć je do tradycji rodzinnej. Jednak przez to, że babcia nie mówiła o swoim pochodzeniu, a ojciec z początku nie uważał tego za coś ważnego, część wątków została bezpowrotnie utracona. Oto, historia, która pewnie jest w niejednym polskim domu, gdzie ta tożsamość zagubiła się i czasem ciężko ją odtworzyć.
Historia Łemków to historia zapomnienia – o ludziach wymazanych z pamięci zbiorowej, o ziemiach, które zostały im odebrane i o próbie zniszczenia ich kultury. Dziś, po latach, Łemkowie walczą o przywrócenie swojej tożsamości, a ich potomkowie często dopiero odkrywają swoje korzenie, poszukując śladów przeszłości. Pozostaje jednak pytanie, czy kiedykolwiek uda się przywrócić sprawiedliwość tym, którzy od wieków spychani byli na margines historii. Poprzez sztukę, pasję czy wizytę w ważnym dla kultury łemkowskiej miejscu i refleksję nad ich losami, każdy z nas może przyczynić się do uratowania historii Łemków od zapomnienia. Następnym razem, gdy będziecie w Beskidzie Niskim, przystańcie przy figurce św. Mikołaja i zapytajcie: „Święty Mikołaju, opowiedz, jak tu było, jakie pieśni śpiewano? Gdzie się pasły konie?”. Chociaż nie mówi on po polsku, opowie wam historię Łemkowyny w inny sposób. Wystarczy, wsłuchać się w odgłos wiatru świszczącego wśród powalonych grobów. Wystawić rękę, aby poczuć kroplę deszczu spadającą z dziurawego dachu łemkowskiej chyży. Spojrzeć w dal na porośnięte gęstą trawą łąki i spróbować dojrzeć samotne drewniane drzwi – stojące w miejscach, gdzie dawniej biło serce kultury Łemków.

