Autor: Bartosz Przywara
Skoro rok 2024 powoli zmierza ku końcowi, to znaczy, że nadszedł doskonały moment na szerokie i dogłębne podsumowania. Tym bardziej, że w kontekście piłkarskiej reprezentacji Polski jest czemu się przyglądać. Zwycięskie baraże, fatalne EURO i w końcu zjazd do dywizji B Ligi Narodów – to tylko niektóre z najważniejszych wydarzeń, które odcisnęły piętno na naszych „Orłach”. Nastał wreszcie i czas, w którym można będzie bez przeszkód podsumować całokształt pracy Michała Probierza jako selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Polski.
Plusy i minusy
Probierz obejmował kadrę w stanie absolutnego rozkładu. Fatalne eliminacje do EURO, legendarny brak stylu, brak chemii w zespole i notoryczne wbijanie sobie „szpilek” to tylko niektóre z grzechów kadencji Fernando Santosa. W tym kontekście warto zauważyć, że były trener Cracovii i Jagiellonii miał pewną przewagę. Już od początku było jasne, że będzie oceniany przez pryzmat kadencji Portugalczyka, a oczekiwania były takie, że trudno byłoby wypaść gorzej.
Teraz, po ponad roku od debiutu Michała Probierza w meczu z Wyspami Owczymi, można zadać sobie pytanie: „Czy faktycznie wypadł gorzej?”. Spoglądając na bilans trenera, można zauważyć 17 rozegranych meczów, 7 zwycięstw, 4 remisy i 6 porażek. Średnia punktowa na mecz 1,47. Nie wygląda to zbyt imponująco, zwłaszcza jeśli przeanalizujemy przeciwników, z którymi się mierzyliśmy. Ograliśmy Łotwę, Estonię, Wyspy Owcze, Szkocję, Ukrainę i Turcję. Zostaliśmy ograni zaś przez Chorwację, Austrię, Holandię, Szkocję oraz Portugalię. Małym światełkiem w tunelu były „zwycięskie remisy” z Francją i Chorwacją. Brakowało jednak przede wszystkim zwycięstwa z mocnym przeciwnikiem, które mogłoby być legendarnym już „mitem założycielskim” reprezentacji. Sytuacja wygląda jeszcze gorzej, jeśli spojrzymy na stracone gole. 31 bramek straconych podczas całej kadencji, z czego 25 tylko w tym roku, co jest jednym z najgorszych wyników polskiej reprezentacji w historii. W tym roku więcej lub tyle samo bramek traciły tylko reprezentacje Wietnamu, Kataru, Kazachstanu, Indonezji, Boliwii, Lesotho, Gujany, Dominiki, Vanuatu, Bermudów i Samoa. Lista jest naprawdę zacna. Krytycy Probierza bez problemów więc znajdą kwestie, które można, a nawet powinno się krytykować. Statystyki wyglądają po prostu fatalnie.
Sam trener ani razu podczas swojej kadencji selekcjonera nie przyznał się do popełnionych błędów, co może budzić pewne zdziwienie, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że jednak co najmniej kilka ich się zdarzyło. Nie jest to może budowanie syndromu oblężonej twierdzy jak w przypadku Jerzego Brzęczka, ale brak samokrytyki lekko niepokoi. Widać jednak, że Probierz po prostu kupił szatnię. Mamy na tyle zwariowanego trenera, który wierzy, że możemy grać w piłkę, więc musimy grać w piłkę. Wszyscy mu uwierzyli. Nigdy wcześniej nie podchodziliśmy tak do meczów z silnym zespołem – powiedział Wojciech Szczęsny w rozmowie z TVP Sport po meczu z Holandią na EURO 2024 (1:2).
Wydaje się, że takie podejście podoba się piłkarzom pokroju Lewandowskiego czy Zielińskiego, którzy na co dzień w swoich klubach grają w sposób odważny.Dlatego też w kontekście kadry Probierza często przejawia się pogląd, że rozkręcił grę ofensywną i dlatego reprezentacja gra gorzej z tyłu. Sam trener głośno mówi o ofensywnym sposobie kreowania akcji i trudno odmówić mu racji, ponieważ wyraźnie idzie w tym kierunku, mimo że nie zawsze skutecznie.
Rzeczywistość jednak nie wygląda aż tak różowo, jak mogłoby się wydawać. Drużyna Adama Nawałki po pierwszych 17 meczach miała bilans 37:13, nawet Waldemar Fornalik podczas swojej fatalnej kadencji był w stanie wykreować lepszy wynik bramkowy – 33:20. Ofensywa więc nie jest naszą mocną stroną. Jednak jeśli porównamy wynik Probierza do wyników osiąganych przez Santosa i Michniewicza, widać pewien postęp w tym konkretnym elemencie. Oddajemy strzały z dystansu, gramy odważnymi składami – w końcu narodzili się piłkarze, którzy są w stanie dać ofensywny akcent z przodu, a nie tylko dośrodkować na ślepo. W tym miejscu też należy się zastanowić, czy dobra gra Zalewskiego i Urbańskiego w kadrze to zasługa Probierza, czy też faktu, że są po prostu bardzo dobrymi piłkarzami. Choć oddać trzeba trenerowi, że postawił na nich w bardzo nieoczywistych momentach.
Liczba debiutantów to jeden z nielicznych plusów kadencji Probierza. Przed zwolnieniem Santosa media często wypominały Portugalczykowi, że nie dał szansy nikomu na pierwszy występ w kadrze. Probierz natomiast dał już szansę 14 nowym zawodnikom. Bywały to debiuty wymuszone sytuacją kadrową, czasami były to jego własne „odkrycia”, a czasami powołania, które spotykały się z ostrą krytyką mediów. Pojawiały się komentarze, że wystarczy „trzy razy dobrze kopnąć piłkę w Ekstraklasie”, by dostać powołanie.
Żołnierze i wynalazki
Słowo „żołnierz” na dobre zagościło w słowniku polskiego kibica i dziennikarza sportowego, zwłaszcza w kontekście Krzysztofa Mączyńskiego, który między innymi grał pierwsze skrzypce podczas kadencji Adama Nawałki. W przypadku każdego kolejnego selekcjonera poszukiwany jest taki „żołnierz”, który miałby być znakiem, że praca wykonywana przez danego trenera idzie w dobrym kierunku. Probierz ewidentnie chciał, aby jego nieoczywiste wybory kadrowe stały się czymś w rodzaju takiego „żołnierza”. Wyraźnie szukał, testował i próbował, głównie aby załatać dziurę, jaka powstała w bloku defensywnym po odejściu Kamila Glika z reprezentacji Polski. Próbował Patryka Pedę, którego ściągnął aż z Serie C – nie wyszło. Spróbował z Patrykiem Dziczkiem, też nie wyszło. Pierwszym jego „wynalazkiem”, który wpasował się w reprezentację, był Jakub Piotrowski – piłkarz aż nazbyt wyróżniający się w lidze bułgarskiej. Udane baraże i pierwsza połowa 2024 roku utwierdziła opinię publiczną i media w przekonaniu, że oto narodził się „żołnierz”. Niestety EURO i kolejne spotkania szybko zweryfikowały zawodnika Łudogorca i mocno uwidoczniły, że gra jednak tylko w lidze bułgarskiej.
Trudno nazwać Urbańskiego „wynalazkiem” lub „żołnierzem” Probierza, ponieważ jego gra w rewelacyjnej Bologni z pewnością zasługiwała na wyróżnienie. Niemniej jednak należy pochwalić trenera za okazane zaufanie wobec tak młodego zawodnika, które ostatecznie przyniosło pozytywne efekty.
Zalewski, być może jeden z największych pozytywów całej kadencji, był w kadrze od dawna, ale dopiero zesłanie go do młodzieżówki przez Probierza zmotywowało go do pokazania całego potencjału w kadrze. Mimo fatalnej gry w klubie, Zalewski jest kluczowym elementem układanki selekcjonera, który cały czas gwarantuje ofensywne akcenty z przodu. Nieoczywiste jest dawanie szans piłkarzowi, który mało gra w klubie, a mimo to Probierz cały czas na niego stawia. W tym wypadku widać, że sam trener miał duży wpływ na wzmocnienie pozycji Zalewskiego w kadrze.
Probierz jednak ciągle szuka i czasami sięga po bardzo nieoczywiste wybory. Czas pokaże, który z nich okaże się tym złotym remedium na wszystkie problemy reprezentacji – o ile Probierz nadal będzie selekcjonerem.
Rok regresu
Trudno jednak nie zauważyć, że reprezentacja Polski zaliczyła kolejny z rzędu regres. Spadek z dywizji A Ligi Narodów, a w konsekwencji spadek do czwartej dziesiątki rankingu FIFA oraz kolejny nieudany występ na EURO, gdzie zdobyliśmy tylko jeden punkt, nie świadczą dobrze o stanie naszej drużyny narodowej. Nasze perspektywy przed eliminacjami do mistrzostw świata nie wyglądają dobrze, tym bardziej, że na skutek osiąganych wyników, a raczej ich braku, wylądowaliśmy w drugim koszyku.
Czy to dobry moment na zmianę selekcjonera? Raczej nie, zwłaszcza że ostatnio gabinet prezesa PZPN przypomina drzwi obrotowe – nowi selekcjonerzy odchodzą jeszcze szybciej niż ci poprzedni. Tym trudniej zaufać Cezaremu Kuleszy, że wybierze kogoś lepszego niż Probierz.
Prawda jest jednak okrutna. W międzynarodowych statystykach zaliczamy kolejny spadek, a widmo braku awansu na kolejny turniej zagościło w Polsce najmocniej od paru lat. Trzeba jednak przyznać Probierzowi, że już raz uratował Polskę przed blamażem braku awansu na EURO 2024. Bądź co bądź, udało mu się wyciągnąć kadrę z olbrzymiego „bagna”, jakim była kadencja Fernando Santosa. Trudno jednak definitywnie stwierdzić, ile w tym było jego zasług, ile – piłkarzy, a ile po prostu zwykłego, boiskowego farta. W końcu suma szczęścia w sporcie zawsze wynosi 0. To, co los dał Probierzowi w Cardiff, odebrał w Warszawie przy pomocy strzału z główki Andrew Robertsona.
Patrząc ogólnie na mecze pod wodzą Probierza, można zauważyć elementy gry, zwłaszcza tej ofensywnej, które wyglądają dobrze. Jednak na koniec liczy się wynik. Nie można ciągle przegrywać i mówić, że „idziemy w dobrym kierunku”. To tak nie działa. Dlatego trudno jest jednoznacznie ocenić pracę selekcjonera. Jednak im więcej meczów, tym nie sposób dostrzec, że drużyna jest już niejako produktem gotowym. Jeśli do wiosny nie objawi się „drugi Kamil Glik”, nasza gra będzie opierała się na schemacie: strzelić więcej goli niż przeciwnicy, a same mecze będą bardzo „wesołe”. Jak na razie polska piłka nie ma potencjału, żeby wygrywać z Francją, Portugalią czy Holandią. Musimy dojść do poziomu, na którym bez problemu będziemy wygrywać do zera z drużynami pokroju Mołdawii, wygrywać z drużynami z naszej półki takimi jak Austria, Szwecja lub Ukraina i może dopiero wtedy będziemy w stanie sprawić niespodziankę i nadużywany termin „zwycięski remis” przekuć w końcu w „zwycięskie zwycięstwo”. Taki cel powinien przyświecać Probierzowi. Na razie jednak brak jest powodów do optymizmu.
Ale czy jest się czemu dziwić? Ostatnio idzie nam tak dobrze w piłce klubowej, że trudno byłoby oczekiwać takich samych osiągnięć w piłce reprezentacyjnej. W końcu w polskiej piłce nie może być za dobrze.


