Tekst: Zuzanna Maria Łubińska
Tego dnia poranek zaczął się jeszcze w nocy. Budzik zadzwonił o 4.50, intensywnym dźwiękiem wołając na służbę. Służbę, jak się później okazało, niemal wieczną. Długą, mozolną, wycieńczającą… ale ku większemu dobru. Podróż do jednostki przez mroczny ciemnogród mazowieckich wsi miała być tą ostatnią wzbudzającą lęk i niepokój. W koszarach trzeba było pojawić się punkt 6 i potulnie czekać na rozkazy. Wszystko po to, aby jutro móc obudzić się w innej rzeczywistości. To jutro dla większości zaczęło się, gdy poniedziałkowe promienie słońca, przyjemnie budząc, oświetlały również telewizor prezentujący wyniki niedzielnych operacji na froncie. Nie dla wszystkich jednak poranek zaistniał o poranku. Na froncie nie było go wcale. Sytuacja wymagała całodobowej służby dowódców koordynujących matematyczne porachunki. Walka z kartami trwała całą noc. Liczne bitwy ze sklejającym się papierem, brakiem długopisów i działaniami matematycznymi nie pokonały na szczęście żadnego z naszych. Chociaż nie zanotowano większych obrażeń, niektórzy żołnierze skarżyli się na przecięte papierem opuszki palców. Krew jednak nie lała się strumieniami. Karty, bardziej niż przemoc fizyczną, stosowały tę psychiczną – każąc patrzeć na dwa nagie miecze nieprzecinające się w obrębie kratki, nieprzecinające się wcale albo postawione w każdym innym możliwym miejscu acz nie tym właściwym. Zdarzały się także odstępstwa od założeń władz i znak w kratce bardziej przypominający łuk bez cięciwy niż dwie linie.
Cywile najczęściej korzystali z pełnego pakietu, jaki oferowano im sądnego dnia. Pojawiały się jednakże jednostki cechujące się ekstrawagancją, proszące o mniej. Rzadko społeczeństwa proszą o mniej, dlatego każda taka próba zostawała przez żołnierzy skrupulatnie odnotowywana w kajeciku. W ciągu służby przez jednostkę przetoczyło się około 1300 obywateli. Niektórzy nie wiedzieli, co robią, skarżyli się na wybrakowane karty, pytali jak i gdzie zostawić wspomniane nagie miecze, a także o możliwość walki incognito. Inni, odchodząc od stołu komisji wojskowej, orientowali się, że dostali zbyt hojny pakiet papieru od państwa. Niestety próby zwrotu zawsze kończyły się porażką, a żołnierze ze smutkiem musieli odmówić ponownego przyjęcia ściętych drzew. Starsi często przybywali z pomocami wyciąganymi z odmętów portfeli, gdzie pismem odręcznym mieli zaszyfrowaną notatkę najczęściej oscylująca wokół proszę mi tego nie wydawać, nie chcę odpowiadać na te pytania. Co niektórzy zjawiali się z żywymi pomocami w postaci dzieci czy wnuków, których stawiali w roli lektora. Wtedy na sali można było słyszeć najpierw cichy szmer, a następnie dosadne, oburzone NIE. Proceder powtarzany był czterokrotnie.
Sądny dzień trwał w moim przypadku niemal 30 godzin. Udało mi nie polec w walce, jednak starty moralne i możliwość wystąpienia PTSD będę mogła ocenić dopiero za jakiś czas. Czy naprawdę tego wymagało od swoich żołnierzy państwo prawa, w którym funkcjonują ponoć normy czasu pracy? Ilu żołnierzy poległo na obszarze całego kraju? O żadnym mi nie wiadomo, jednak drugi raz za 600 zł nawet dla Polski się tak nie poświęcę.


