Grande finale sezonu festiwalowego – Rockowizna 2024

Tekst: Justyna Szarek

Ostatni tydzień sierpnia, sezon festiwalowy powoli dobiega końca. Na poznańskim lotnisku Ławica pod sceną gromadzą się punki, których łatwo poznać po charakterystycznych irokezach, oraz metale —wystrojeni w łańcuchy i glany. Gdy rozbrzmiewają dźwięki muzyki widać już tylko kurz, unoszący się ponad głowami zatopionych w pogo młodych adeptów ciężkich brzmień.

W taki sposób rozpoczęła się Rockowizna – prawdziwe święto fanów rocka. W tym roku miałam okazję uczestniczyć w poznańskiej edycji festiwalu (odbywał się on również w Gdańsku i Krakowie). Jej zaletą był 3-dniowy czas trwania, najdłuższy spośród wymienionych miast. W tym czasie na scenie wystąpiło aż 18 artystów z całej Europy, wykonujących na co dzień muzykę nie tylko rockową, ale również punkową czy nawet pop. Dzięki temu charakter całego wydarzenia był dość egalitarny, a każda osoba w nim uczestnicząca mogła znaleźć coś dla siebie.

Festiwal otworzył zespół o coraz szybciej wzrastającej popularności na polskiej scenie – Transgresja. Jednak organizatorzy nie przemyśleli sprawy fluorescencyjnych strojów zespołu, będących ich wizytówką, które zdecydowanie lepiej prezentowałyby się po zmroku niż o godzinie 17. Mimo że potencjał oprawy wizualnej nie został do końca wykorzystany, grupa dała z siebie wszystko i najlepszą recenzją występu była długa kolejka chętnych do zrobienia wspólnej fotografii z jej członkami po koncercie. Pozytywnym zaskoczeniem pierwszego dnia festiwalu okazał się zespół Hurt, znany powszechnie dzięki piosence Załoga G. Choć na co dzień nie jestem wielką fanką formacji i podobnie jak zdecydowana większość Polaków z ich dyskografii znałam dobrze jedynie tę jedną, wspomnianą wyżej piosenkę, to trzeba przyznać, że bawiłam się przednio. Oprócz pozytywnej energii przekazywanej publiczności przez zespół, podobała mi się cukierkowa scenografia, której atutem były plastikowe figurki gumowych misiów w różowym kolorze. Zdecydowanie wyróżniała się ona na tle innych rockowych zespołów, wśród których, nie ma co się dziwić, dominował kolor czarny.

Jako przedostatni tego dnia zagrał znany, legendarny wręcz polski zespół – Kult. O jakości koncertu stanowiła największa tego dnia frekwencja. Nad Kazikiem nie ma co się rozwodzić – to profesjonalista, który wie, co dać publice, aby ta się dobrze bawiła. Ja nie byłam w tym przypadku wyjątkiem – dość powiedzieć, że następnego ranka obudziłam się z bólem gardła.

Pierwszy dzień festiwalu zamykał Michał Jelonek – najbardziej znany polski rockowy skrzypek, członek słynnego metalowego zespołu Hunter. Po muzyku było widać, że granie sprawia mu ogromną frajdę, energia wręcz go rozpierała, czego nie można było powiedzieć o zmęczonej całym dniem publice. Żałuję, że nie miałam okazji obejrzeć tego występu o nieco wcześniejszej godzinie. Choć był świetny, trudno było o tak późnej porze ożywić się na dźwięki koncertu o warstwie jedynie instrumentalnej. Mimo wszystko Jelonek nie zawiódł. Miło było patrzeć na człowieka mającego tak ogromną pasję do swojego instrumentu. Oprócz tego muzyk zadbał o warstwę wizualną swojego występu i zaskoczył publikę efektami pirotechnicznymi, od których trudno było oderwać oczy.

Drugi dzień rozpoczął się koncertem Zenka Kupatasy, któremu tłum unoszących go ludzi zabrał zielone skarpetki. Tego dnia festiwalu najbardziej jednak czekałam na Farben Lehre, na którego koncercie udało mi się dotrzeć pod samą scenę. Zgodnie z przewidywaniami chłopaki z Płocka dali świetny występ. Myślę, że najwyższy poziom tego dnia pokazał szwedzki zespół Royal Republic, którego wokalista przez cały występ uwodził żeńską część widowni swoim niskim głosem. Największą publiczność tego dnia zgromadził jednak znany i lubiany Lemon. Trzeba przyznać, że Igor Herbut ma charyzmę i swój własny styl, czego dowody dał na poznańskiej scenie.

Trzeci dzień imprezy zdecydowanie należał do zespołu Coma, który przyciągnął najliczniejszą publiczność tegorocznej Rockowizny. Nic w tym dziwnego, skoro nie koncertowali przez ostatnie 5 lat, oficjalnie zamykając działalność w 2019 roku. Był to również mój faworyt całego festiwalu, choć przed owym występem wcale się tego nie spodziewałam. Mimo że na Comę przyszłam bez większych oczekiwań, to pod koniec całego występu miałam łzy wzruszenia w oczach i ciarki na całym ciele. Piotr Rogucki jest osobą o niezwykłej charyzmie i umiejętnościach przekazywania tego, co w muzyce jest najważniejsze – emocji. Zrobił na mnie wrażenie niezwykle skromnego i emocjonalnego człowieka, który kocha to, co robi. W mojej opinii Coma dała koncert tak wysokiej jakości, że trudno go było przebić, niemniej występujący po niej Krzysztof Zalewski również nie zawiódł swoim występem. Pochodzący z Lublina artysta miał tego dnia urodziny, na scenie pojawił się tort, a publiczność zaśpiewała Sto lat. Wzruszony Krzysztof Zalewski podziękował fanom za to, że to właśnie w ich towarzystwie może świętować swój okrągły jubileusz. Zaskoczył także publiczność kilkoma piosenkami z jeszcze niewydanej płyty, które mogła ona usłyszeć przedpremierowo.

Jednym z największych atutów festiwalu była zdecydowanie zróżnicowana średnia wieku – młodzi adepci muzyki punkowej i rockowej bawili się razem ze starymi wyjadaczami mocnych brzmień, dla których większość z występujących zespołów to idole z lat młodości. Atmosferę nonkonformizmu i buntu, wynikających z treści muzyki rockowej, zakłócały wszechobecne wokół sceny budy z kebabami, frytami i wszystkimi kuchniami świata w cenach iście astronomicznych. Podobnie czynił alkohol sprzedawany na terenie festiwalu, którego ceny zdecydowanie nie były dostosowane pod studencką kieszeń. Taki stan powodował niekończące się kolejki w najbliższym lotniska małym sklepie, którego siły przerobowe nie były w stanie obsłużyć takiej ilości ludzi. Na plus dla organizatorów trzeba zaliczyć darmową wodę, dostępną zaraz przy wejściu na teren festiwalu, co przy panujących w Poznaniu w tamtym czasie wysokich temperaturach niejednokrotnie okazało się wybawieniem. Miasto zapewniło również dodatkowe linie autobusowe, kursujące do godziny 2 w nocy co 15 minut, co pozwoliło mi, jak również innym uczestnikom wydarzenia na komfortowy powrót do kwatery.

Czy poznańską Rockowiznę można zaliczyć do udanych imprez? Uważam, że tak. Mimo kilku niedogodnień, festiwal zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Rockowizno, do zobaczenia w przyszłym roku!