Autor: Katarzyna Nina Kowalczyk
Widzimy je w akwariach, goszczą u nas na stole. Puste, bezmyślne oczy i poruszające się jednostajnie pyszczki. Dostrzegamy w nich jedynie pokarm lub ozdobę. Jednak, jak to byłoby być jedną z nich?
Jakbym był zwierzęciem, to byłbym rybą wyrzuconą na brzeg. Fala wyrwałaby mnie z domu wprost na rozgrzany od sierpniowego upału piasek i drgałbym w konwulsjach. Obok mnie przechodziliby turyści bez butów, w porozpinanych koszulach, okularach przeciwsłonecznych, tłuści od kremów do opalania. Ktoś się zatrzyma, powie: o, patrz, jaka ryba i jak śmiesznie się rusza, pewnie tańczy! Tańczę jak najbardziej, widowiskowy danse macabre, lepszego nie zobaczycie. Ktoś inny przydepcze mi ogon, a może weźmie w plastikową reklamówkę, ułoży pomiędzy opakowaniem ciasteczek czekoladowych z Biedronki a paczką papierosów i zrobi sobie na obiad czy kolację. Podsmaży na grillu, ułoży na wachlarzu z ziemniaczków, popije winem półwytrawnym, a potem poprawi wódką i czym tam jeszcze znajdzie w barku. Bo takich ryb jak nad polskim morzem, to wiecie, nie ma nigdzie indziej, mógłbym je codziennie.
Albo byłbym rybą miotającą się w sieci, przerażoną, pozostawioną, samą i samotną. Ławica już dawno odpłynęła, zostawiła mnie daleko w tyle, bo przecież jakoś da sobie radę, a ta ryba ewidentnie rady sobie nie daje i to tak, że każdy to powinien zobaczyć, a jakoś nikt nie widzi, chociaż się patrzą. Bo w pewnym wieku trzeba nauczyć się polegać tylko i wyłącznie na sobie, najlepiej w jak najwcześniejszym, żeby potem nie było rozczarowań, żalu i cierpienia albo wszystkiego na raz. Umiesz liczyć, licz na siebie. Takie jest życie. Więc rybak wyciągnie mnie z wody, ucieszy się, a potem sprzeda i przestanie się mną przejmować. Nasze drogi rozejdą się aż do momentu, gdy pojawię się przed nim ponownie, w postaci przemielonej na paprykarz, gdzie mnie 40%, a reszta w kontenerze za przetwórnią, w której, na marginesie, też nikt dobrze mnie nie traktował. Zaczęli od odcięcia głowy, a potem jakoś poszło, było trochę krwi, ale nie warto się nad tym zbytnio rozwodzić.
Albo złotą rybką, która wcale nie jest złota, tylko pomarańczowa. Pływającą sobie w okrągłym akwarium stojącym na stoliku koło kluczyków do samochodu i czyjegoś portfela, pewnie ojca albo matki, z dowodami osobistymi, kartami kredytowymi i innymi dorosłymi kartonikami. Jakby ktoś coś poczytał, się zainteresował, na przykład magazynem wędkarskim w sterylnej poczekalni u lekarza ortodonty, to by wyczytał, że ryby w okrągłych nie. Ale nikt nie czyta, więc jestem tylko ja i woda dookoła, na górze, na dole, z lewej, z prawej, nie ma gdzie odpocząć ani się schować, kręcę się wokoło jak chomik na kołowrotku, ale chomik Andrzejek może wyjść jak się zmęczy i wkurwi, a ja nie mogę, więc dalej liczę okrążenia, a dzieci przylepiają ciekawskie spojrzenia do szklanej kuli, jakby zaraz miały zacząć z niej wróżyć. Twoja linia życia jest długa, twoja krótka, ty wyjdziesz za mąż, a ty zostaniesz starym kawalerem z pięcioma kotami i trzema złotymi rybkami, które będą pływać w koło Macieju, przerażone, a ty będziesz do nich pukać przez szybkę i oglądać je jak w kinie film dokumentalny czytany głosem Krystyny Czubówny: osobnik, któremu nasze kamery przyglądają się już od dłuższego czasu, powoli opada z sił, jeszcze próbuje walczyć, ale i on, i my, wiemy, że to się nie skończy dobrze. Paluszki stuk, stuk, stuk, rybko, spełnij moje trzy życzenia. Pierwsze: chcę być bogaty, drugie: chcę nowego iPhone’a (ale po co o to prosisz, skoro jesteś bogaty? cicho, Marzenka, bo powiem mamie, że się ze mną kłócisz!), trzecie: chcę mieć nieskończoną liczbę życzeń!
A jakbym już musiał wybrać konkretny gatunek, to byłbym karpiem uwięzionym w wannie, cierpiącym dla czyjejś przyjemności. Żyłbym w towarzystwie, ale jakby poza, czasami ktoś by mnie odwiedził, usiadł na krawędzi, umył obok zęby albo ręce, a potem pozbawiłby mnie rybiego życia. Moja śmierć byłaby świętowana w gronie rodziny bliższej i dalszej, przyjaciół, sąsiadów i całego osiedla. Łuski by włożyli do portfela na szczęście i obfitość finansową, a zwłoki leżałyby spokojnie na blasze albo zostały przełożone na elegancki talerz, wyciągany z kredensu dwa razy w roku, na święta Chrystusowe te główne, a obok na obrusie pierogi z cebulką, pobratymcy śledzie, kompot z suszu i barszcz z grzybami, a pod nami wszystkimi sianko, na którym na świat przyszedł Syn Boży, on się rodzi, a karp już nie żyje. Kult życia i śmierci, zmieszany tak, że poszczególne składniki nie do odróżnienia, jak w sałatce jarzynowej po mojej, karpia, lewej.
W kolejnym życiu przebudziłbym się jako mały śledzik, z wiekiem stający się śledziem aż do kresu jego jako śledź w śmietanie, śledź w zalewie octowej, śledź pod pierzynką z buraczkami, śledź w sosie tysiąca wysp i inny śledź z 10 najlepszych przepisów na wigilijnego śledzia. Życie jeszcze gorsze niż to karpia, bo z nim to chociaż czasami dzieci rozmawiają i płaczą jak, dziadek morduje, a przy śledziach to nic, żadnej łezki w oku podpartej choćby najlżejszym wzruszeniem.
Bul, bul, bul.
Ból ból ból.

