Przedsmak

Szkoda mi byłoby słów na sprawozdanie z każdego kolejnego zejścia się.

Poznałem Cię, gdy światło było zszarzałe. Powietrze wilgotniało i pachniało dymem. Dym okadzał Twoje usta i otaczał całą scenerię. Byłaś znajomą znajomego, a ja przekornym przechodniem, prokrastynatorem niechętnego powrotu. Nasze pierwsze spotkanie było jak wzajemne oświecenie. Nie wiem, co to dało tobie, jednak mnie zostawiło z żarem rozgrzewającym codziennie moje serce od spodu.

Następnym razem zobaczyliśmy się, równie przypadkowo, w kolejce po pieczywo. To spotkanie doprowadziło do kolejnego – jakże pospolicie! – w kawiarni, kilometr dalej i dwa dni później. Byłem jak nie ja, każda nitka z mojego kłębka jakby rozprasowana żelazkiem. Smak mochy, którą wtedy wypiłem, przemienił się w drodze powrotnej do domu w metaliczny posmak pierwszego zgrzytu. Najwyraźniej niewystarczającego, by zniechęcić ciebie do mnie ani mnie do ciebie, ponieważ umówiliśmy kolejne spotkanie. Randka – tyle lat bałem się ciężaru tego słowa. Tym razem użyłem go wprost: po raz pierwszy w propozycji, nie retrospekcji. Nie uznałaś randki za nieśmieszny dowcip. Kości zostały rzucone.

Szkoda mi byłoby słów na sprawozdanie z każdego kolejnego zejścia się. Były zresztą stale dłuższe i dłuższe, aż w końcu łatwiejszy byłby opis momentów, gdy nie bywaliśmy razem. Celebrujmy to, co nie podlega żadnej cenzurze! Staliśmy się jak kamienie przez Boga rzucone w ognisko, a najzwyklejsza chwila jawiła nam się nabożeństwem codzienności. Byłem pewien, że jesteśmy sobie pisani…

Aż wszystko przerwał brak kworum. Droga E. M., nigdy o tobie nie zapomnę.